Dawno planowana i wciąż odkładana na później
stolica Czech w końcu trafiła ostatecznie do kalendarza. Akcja dość
wyczerpująca. Miały być dwa dni, ale Bartek mógł oczywiście tylko na jeden,
więc jedziemy nocą. Czekam na dworcu w Katowicach, środek nocy i pociąg
opóźniony o godzinę. Marznę niemożliwie, wszyscy na peronie przeklinają, na
czym świat stoi w trzech językach. Obok mnie jakaś pani z papugą w klatce
jedzie do Budapesztu. Wreszcie pociąg się wtacza, Bartek już w nim jest.
Wysiadamy w Bohuminie, szybkie piwo i już prosto do Pragi. Chwila kulawego snu
i o 7:30 jesteśmy na miejscu.