poniedziałek, 18 września 2017

Szlakiem dawno zdobytych już szklanic
27 sierpnia - 16 września

WSTĘPNIAK

Mamy tak dużo zapisków tworzonych na bieżąco, że nie ma szans napisania tego w jednym kawałku bo nikt by tego nie zdzierżył. Spisywaliśmy to właściwie z dnia na dzień, na "ciepło", bo wiemy, że po powrocie część jeśli nie większość umknęła by nam. Zapraszamy Was na wędrówkę po Bieszczadach i Beskidzie Niskim naszymi oczami. Audycja będzie zawierała lokowanie wielu produktów.





Dzień 1, 27 sierpnia, niedziela - Bieszczady

Tłukliśmy się 9 godzin w podróży po to żeby walnąć dżepa z pluszowym psem.


 
Dzień 2, 28 sierpnia, poniedziałek - Tarnica

W założeniu miał być tylko Niski na dwa tygodnie, ale udało się urwać dodatkowy tydzień urlopu. Skoro tak, skoro w te rejony już jedziemy, rzucam temat Tarnicy do wspólnego KGP ;) „Czemu nie, kocham Cię za te głupie pomysły”…- powiedział Darek.
Ok., pobudka zbyt wcześnie. PKS zdzierca do Pszczelin Widełek i zaczyna się dwugodzinna monotonia podejścia lasem, choć z drugiej strony – piękny ten las, bukowo-jodłowy, wysoki, stary, czarodziejski i dziki. Czasami chaszczing. Kawka przy wiacie BdPN-u, rozmowa z dwiema paniami, które idą przed nami i nagle się zaczyna, a właściwie kończy się las…





Góry aż po horyzont… A właściwie nie tylko góry dookoła… Po daleką/niedaleką Ukrainę… Morza zeschniętych traw, zrudziałych borowin i oczojebnie błękitnych goryczek… A nad tym wszystkim kłęby chmur przeplatanych ze słońcem… Kolory babiego lata bieszczadzkiego… „Bo jedno jest takie niebo, bieszczadzkie niebo sierpniowe…”
Wchodzimy na Bukowe Berdo. Najpiękniejszy w naszej opinii zakątek wysokich Bieszczad. Berdem Bojkowie nazywali ostry, skalisty grzbiet górski. A skałek tu dostatek. Gra światła i cieni co rusz zmienia kierunek i to Caryna i Wetlińska w świetle a Tarnica – nasz cel – w cieniu, to fantastyczne urzeźbienie pierwszego wierzchołka Berda w świetle, za chwilę tonie w chłodzie i orzeźwia wiatrem. Najlepszym opisem Bukowego Berda niech będą zdjęcia…










Jeszcze tylko spojrzenie w dal na Pikuj i zwalamy przez Krzemień. I niech kurwa ziemia lekką będzie tym (z Zakopanego), co budowali te schody do piekła z Krzemienia na Przełęcz Goprowską. I dalej na Tarnicę. Drogę umilają nam dzikie zwierzęta piętra połonin…







Te schody to oczywiście ograniczniki erozji gruntu rozdeptanych przez ceprów ścieżek. Mamy tego świadomość, ale iść się po tym za chuja nie da w żaden sposób komfortowo. No cóż, nie jesteśmy tu dla przyjemności… Zwłaszcza, że robi się zbyt tłoczno, spotkać można nawet Janusza turystyki górskiej w sandałach i z popisową dziurą na objętość całej pięty w prawej skarpetce.
W połowie podejścia z przełęczy napotkany pan mówi: „380! To jest wasza liczba na dziś! (pan liczy schody) Do przełęczy! Bo stamtąd jest 272!” „Nie do końca jestem pewien, czy chciałem mieć tego świadomość!” – śmieje się Darek.
Cóż, stało się. Gorzej miały pieski, które dotarły na szczyt, bo musiały urobić łapkami więcej niż my w buciorach. I tak oto o 13:20 padła nam u stóp najdalej na wschód wysunięta perełka w koronie – nr 3, nieplanowana Tarnica.


Ludziów jak mrówków, bitwa o zdjęcie pod krzyżem – kto pierwszy. Piwo zwycięzców, pół bułki z konserwą, fajka. Wieje tak, że łeb z płucami urywa, to spierdzielamy – przez Szeroki Wierch do Ustrzyk Górnych.
Kaptur na głowę, wiatr nie odpuszcza. W borowinkach przy szlaku kicają sobie siwerniaki, dają się fotografować z odległości metra od obiektywu i w ogóle się nie boją. A za nami Tarnica w całej swej okazałości w popołudniowym świetle…







I tak pomaleńku z połonin toczymy się do granicy lasu. Wychodzi słonko, kulamy się piękną buczyną karpacką prościutko do łożyska potoku Terebowiec i chwilę później zasłużone po 8 godzinach drogi piwko pod sklepem.
Obiadokolacja pod postacią krupniku z kiełbasą i makaronem w stodole, przy czerwonym winie. Jutro wyjdzie pod postacią żółtego stolca…



Dzień 3, 29 sierpnia, wtorek - Przystanek Balnica

Rozpoczyna się pożegnalnym piwkiem pod sklepem w Ustrzykach z poznanymi dwa dni temu w tym samym miejscu Magdą i Mateuszem z Bartoszyc. Przemiła para, szkoda, że nie poznaliśmy się lepiej. Może jeszcze będzie ku temu okazja, mam nadzieję…
Dziś przerzucamy się do Cisnej, na obiad w Siekierezadzie, a potem coraz dalej na zachód.



Jedliście kiedyś w Siekierce? Tego się nie da dojeść… Trzeba mieć ze cztery żołądki… Ledwo żywi po doznaniach kulinarnych, z dopakowanymi do granic możliwości worami wystawiamy kciuki. Kciuk skutkuje po ok. godzinie. Sympatyczny kolega z Gorlic podwozi nas aż do Maniowa, nawet za daleko niż chcieliśmy. No, ok., to się przejdziemy Balnicą… Ten niewdzięczny skurwiel na plecach ciąży niemiłosiernie. Grawitacja ma zero szacunku dla człowieka. Po drodze udaje nam się odnaleźć cerkwisko w dawnej wsi Balnica. Siadamy na pieńku pośrodku polany (w dawnym centrum wsi) i jakże tu pasują słowa „Deesis” Na Bani… „Porosły drzewa, gdzie umarły chaty, zamknęły się cerkwi widmowe wierzeje, opuścił sioło Chrystus Pantokrator, zgięty wpół krzyż samotnie niszczeje…”




A potem to już z górki – obok ostoi bobrowej na Górnej Osławie, po torach kolejki (nieczynnych), prosto do Przystanku Balnica.





Wojtka nie ma, widzieliśmy jak jechał na dół, ale ma godnego zastępcę, swojego wnuka Natana. Mały, sprytny cwaniaczek, na oko 10 lat, ze smykałką do interesów, bo orżnął nas na piwie o 4 zeta, co Wojtek nam później zwrócił. Ogólnie o Balnicy – jedna jedyna chata na końcowym przystanku Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, przemili gospodarze i czuwający nad wszystkim pół-wilk, pół-pies - Luna. Jeśli ktoś nie umie sobie wyobrazić końca świata, powinien tam przenocować. Jeszcze tylko okrzyki sowy na dobranoc i zagaszamy ognisko…





Lokowanie produktu - http://www.balnica.pl/

Dzień 4, 30 sierpnia, środa - Spotkanie na Końcu Świata

Pobudka po 6:00 idzie okrutnie niemrawo. Kawa, pół bułki i ruszamy torami kolejki w stronę doliny Solinki, gdzie odwiedzamy cerkwisko…
I znów to uczucie… „Słupy dymu z nagła podparły ciężkie chmury, gdy od nieba dzielił nas tylko ikonostas, umilkły w bólu niewzruszone góry, jedyne, które miały tu pozostać…”






A potem drogą na Żubracze… Trasę umilają nam takie oto literackie przemyślenia…



Okazuje się, że leciał tędy Bieg Rzeźnika. A my wkraczamy na drogę i zaczyna się męczenie kciuka. Do Cisnej podrzuca nas pan ze Straży Leśnej. Wczesny lunch w Siekierce i na raty odwrót znów stopem do Woli Michowej. Bo dziś mamy tu misję… Trzy dni temu dowiedzieliśmy się, że w Woli właśnie nasza kumpela Ola urzęduje jako sprzedawca w sklepie z nalewkami regionalnymi. Trzeba się spotkać koniecznie!
Po drodze zatrzymujemy się przy kościółku pw. Św. Marii Bieszczadzkiej. Właśnie trwa konserwacja, dlatego możemy zajrzeć do środka. Kościół wg projektu inż. Bogdana Jezierskiego z Łupkowa budowali cieśle z Podhala. Nad wejściem głównym znajduje się wieża słupowa o wysokości 14m, która podkreśla karpacki styl budowli. Zaczęto go budować w 2007 roku. W 2010 roku nastąpiło uroczyste przeniesienie ikony Matki Boskiej z macierzystego kościoła w Nowym Łupkowie.






Pani sklepowa opala się i czyta książkę. Powitanie, siedzimy, gadamy do zamknięcia sklepu. Potem Ola odwozi nas na skład drewna w Balnicy. Pożegnanie na końcu świata…




Lokowanie produktu - http://www.śpiewanychleb.pl/

Stąd dwa kroki, 20 minut do chaty Wojtka. Dwaj handlarze Natan i Franek urobili stówkę na sprzedaży książek z kufra zawiezionego na stację kolejki taczkami. Siedzimy przy palenisku i gdy nad Balnicą powoli zaczyna kończyć się dzień, granicą lasu idzie śpiew… i jest to wilczy śpiew, nawoływanie watahy… Słychać je ledwie kilka minut, idą blisko, lasem tuż za torami, wyraźne i bliskie… Niezapomniane…



Dzień 5, 31 sierpnia, czwartek - Komańcza

Generalnie znowu wozimy dupy… W sumie to jak do tej pory więcej wozimy niż chodzimy... Niebawem nastąpi odmiana. Ale najpierw śniadanie i kawa o poranku na końcu świata… Rozmowa z Wojtkiem i po 10:00 ruszamy doliną Balnicy na Maniów, gdzie po około 20 minutach łapania stopa dwie panie z Warszawy zgarniają nas prosto do Komańczy. Szybkie rozpakowanie na kwaterze i ruszamy na kciuka do Rzepedzi, stamtąd do Turzańska (1,5 km klapkingu + 100 ml żołądkowej).


Cerkiew w Turzańsku wpisana jest na listę Światowego Dziedzictwa Unesco, dlatego pan przewodnik nie pozwala na robienie zdjęć wewnątrz. Cerkiew prawosławna pw. Św Michała Archanioła wzmiankowana już w I połowie XVI wieku, jednak obecny budynek powstał w latach 1801 – 1803. W cerkwi zachowały się elementy oryginalnego wyposażenia: ikonostas z 1895r, polichromia z przełomu XIX i XX wieku. Dzwonnica przy cerkwi jest najwyższą w tego typu budowlach w całych Karpatach – 21 metrów. Ciekawostką są malowidła na ścianach nawiązujące bardzo blisko do gór, natury i fragmentów wiejskiego życia.
Stąd mamy tylko ulotkę… i kilka zdjęć z zewnątrz...







W drodze powrotnej na Komańczę zatrzymujemy żeglarza na śląskich tablicach a pod klasztorem zupełnie przypadkowo wbijamy okazjonalnie do auta kolejnym wybawcom, którzy pytają, czy w Komańczy oprócz klasztoru coś jeszcze można zobaczyć. Pewnie, że można! To my pokażemy! Tylko czy możemy się zabrać? I kto tu jest majster of logistic?
Najpierw prawosławna cerkiew pw. Opatrzności Matki Boskiej z 1802 (oryginał). W 2007 roku w tym miejscu były tylko zgliszcza spalonej cerkwi i samotna dzwonnica otoczona dzikim murem. Dziś cerkiew jest odbudowana, piękna, dostojna, aż się łza w oku kręci… Można? Można…







Zaraz poniżej jest greckokatolicka cerkiew pod tym samym wezwaniem, murowana. A dalej za mostem… trzeba zajrzeć tradycyjnie z tyłu sklepu…
Wieczorem na kwaterze sympatyczne towarzystwo a później przychodzi na sępa rudy chytrusek…





 
Dzień 6, 1 września, piątek - "Bieszczadzka Grażyna"

Historia lubi się powtarzać… Dwa lata temu Darek z bąblem do Duszatyńskich w klapkach, dziś czeka to mnie, choć jeszcze o tym nie wiem… Podeszwa z niezniszczalnego od 13 lat Meindla nagle zaczyna udawać krokodyla… A przed nami 2 tygodnie Niskiego. Nie doszliśmy nawet do Prełuk. Trudno, na razie buty lądują w plecaku a ja wskakuję w sandałki. Prawdziwa Grażyna. Po drodze turyści ratują nas kropelką i trytytkami, ale tu potrzebna jest niestety fabryka kropelki… Zawsze to coś, dzięki!




Po zejściu ze szlaku na drogę do Duszatyna podrzuca nas samotny turysta. Klapkujemy przez piękny las do rezerwatu Zwiezło, w którym w górnym jeziorku jacyś skończeni debile urządzili sobie akwen pływacki. To prawda – człowiek ze wsi wyjść może, wieś z człowieka nigdy – nie obrażając wsi… Smutne to, bo miejsce jest przepiękne, ale czemu zawsze znajdzie się buractwo, które musi takie zakątki sprofanować?...







Z uwagi na brak butów i wątpliwą jakość powrotu, nie wychodzimy na Chryszczatą, lecz zwalamy w dół. Krótki postój przy knajpie „Dusza Jeziorek”, klapking i kolejne męczenie kciuka, które wychodzi nam na dobre, ponieważ nad przełomem Osławy łapiemy sukę samuraia do Komańczy. A tam z tyłu sklepu bezrobotny lokals Piotruś puszcza muzykę z telefonu (już go znamy) i pije na sępa piwo. Tu się nic nie zmienia w tej kwestii od wczoraj. Egzystencjonalny constans…
Nazbieraliśmy grzybów, więc wieczorem jest co robić. Jeszcze trzeba przygotować kolację. Dziś kawał dzikiego mięcha, czyli filet z ziemniaczkami. Grzyby zebrane przy szlaku zapaskudziły pół kuchni, sprzątania jest sporo, ale za to jutro w dziczy będzie grzybowa…
Troszkę niepokoją nas prognozy na ICM…
P.S. Odchodząc z tyłu sklepu słyszę: „Ta to chyba jest jakiś komandos… Ta czapka, dziary i ten plecak taki wielki…” Ómarła żem…

Dzień 7, 2 września, sobota - -----> W Niski...



Bieszczadzkiej komunikacji część dalsza… Godzina z tabliczką i ruszamy do Wisłoka Wielkiego dzięki uprzejmości państwa prowadzącego tu agroturystykę „Przedbieszczady”.


Lokowanie produktu - http://www.przedbieszczady.pl/

Drugie pół zamierzonej do przeskoczenia drogi podrzucają nas „ziomale” z Cięciny z winem Bieszczady na tylnym siedzeniu i uśpionym dzieckiem w foteliku. Docieramy do Woli Niżnej. Tradycyjne piwko pod sklepem i Domem Ludowym, ostatnie zakupy i lecimy do Woli Wyżnej. Cel na dziś to Jasiel – rozległa polana, na której istnieje formalne i bezpłatne pole namiotowe.
Od razu czuć ten inny klimat, klimat Beskidu Niskiego… Wysokie góry i tłumne szlaki zostały daleko za nami, teraz jest cisza, aż piszczy w uszach i urocza dolina w Rezerwacie Źródliska Jasiołki. Opuszczony PGR, dalej jest już tylko coraz bardziej pusto a przy drodze pełnej wyrw i wykrotów pojawiają się przydrożne krzyże i bezkresne pejzaże tak inne niż do tej pory…






Tuż przed zmrokiem docieramy na Jasiel. Przywitanie z Markiem R., rezydującym tu w wiacie rokrocznie, wykładowcą filozofii UŁ. Symboliczny poczęstunek – chleb z borowikowym smalcem. Są tu też chłopaki z koła łowieckiego i robi się mała impreza. Gotujemy grzybiankę, rozbijamy namiocik i dobranoc…



Dzień 8, 3 września, niedziela - Mokry Jasiel


Koło 1 w nocy robi się Armagedon… Bębni, wali w namiot, nie da się spać, powoli i bardzo skutecznie podmoczony i zalany przez dziurawe okno w tropiku… O poranku już pływamy. Krótko mówiąc, „panta rhei”… Nie ma szans na wysuszenie, bo pod wiatki też zacina. Trzeba uciekać w dolinę, choć plan był inny, tym bardziej, że nadarza się okazja, bo myśliwi przyjadą po smalec, może nas zwiozą…? Udaje się. Tak więc w piątkę, dwa wory i trzy flinty, Małecki u mnie na kolanach, suzuki vitara i 7 km bezdroży. Kulamy się aż pod sklep w Posadzie Jaśliskiej. Dzięki chłopaki, uratowaliście nam tyłki! Chcemy im postawić flaszkę, ale Robert stwierdza – nie ma mowy, nie ma sprawy, przecież trzeba sobie pomagać… Piękne jest to podejście człowieka do człowieka tutaj. Właśnie tutaj…



Jesteśmy przemoczeni do suchej nitki i zmarznięci. Namiot, śpiwory, ciuchy… Jedyne rozwiązanie – schronisko w Jaśliskach. Tam się rozwieszamy w agroturystyce „Zaścianek” u państwa Marii i Stanisława Lorenców.
Idziemy na obiad do baru „Czeremcha”. Jesteśmy w miejscu niemalże kultowym. To przecież tutaj Maciek Stuhr wjechał do knajpy po schodach traktorem w filmie „Wino truskawkowe”. Rozpoznajemy ten przystanek, ten ryneczek, niestety kiosku, w którym Luba sprzedawała pornole już nie ma…





W knajpie pyszne żarcie. Fasolka po bretońsku i żeberko. A ceny zatrzymały się tutaj gdzieś w latach 90. Wieczorem piwko, dosuszanie, dojadanie i tyle na dziś…



Dzień 9, 4 września, poniedziałek - W Jaśliskach

Rano przymusowy spacer po papierki do Posady Jaśliskiej. Dalej leje jak z cebra. Po drodze mijamy cerkiew greckokatolicką z 1933 r. pw. Św. Paraskewii w Daliowej. Po akcji „Wisła” została przejęta przez miejscowy PGR i zamieniona na magazyn. Reprezentuje ukraiński styl narodowy, wzniesiona na planie krzyża z pojedynczą kopułą nad skrzyżowaniem naw i dachami dwuspadowymi ponad ramionami „krzyża”.



Przed deszczem uciekamy do sklepu, a raczej z tyłu sklepu, gdzie spotykamy znajomego z Woli Niżnej. „Aaa, pamiętam ten but na taśmie!” Już wszyscy pamiętają ten but, wczorajszy spotkany w „Czeremsze” gość również… Mój znak rozpoznawczy na tym wypadzie?
Leje, więc kręcimy się po okolicy. Zaglądamy do miejscowej piekarni po pyszny chlebuś, pod sklep, gdzie miejscowi „statyści” z „Wina truskawkowego” opowiadają historie o miasteczku. Zaglądamy pod kościół, gdzie parafia katolicka została założona z ówczesnym miastem w 1366 roku. W 1732 postawiono tu kościół murowany, który poświęcono w 1756, nadając mu imię św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Wewnątrz znajduje się obraz Matki Boskiej Jaśliskiej z 1634r.





Wieczorem robi się pogoda. Jest szansa? Dostajemy od Pani Marysi talerz zakąsek i sałatek a od Gospodarza leci flaszka… Efekt uboczny jest następujący: Darek rozbija pysk i okulary potknąwszy się o fotel po ciemku i następuje reanimacja w środku nocy. Pierwsze straty w ludziach…
Wieczór spędzony towarzysko z państwem Lorencami i Zeusem wytrwale i dziarsko chwytającym rzucane mu obmuldane zapałki z patyczka…





Dzień 10, 5 września, wtorek - "Jak w Krakowie na Brackiej…"

Znowu leje… Rozpieprzony łeb, okulary, mokro, zimno, decyzja jest jedna – zostajemy dzień dłużej. Co nam pozostaje? Nie ma sensu pchać się w góry z worami, skoro mamy zapas czasowy. Spać jest gdzie, ludzie są wspaniali, każdy o drugiego dba a pod sklepem to już jesteśmy prawie miejscowi… Słuchamy szeregu historii od pana Stanisława i pani Marysi, dodatkowo historii spod sklepu… Poznaliśmy się już chyba z połową gminy.
Jaśliska są dawnym obronnym miasteczkiem przygranicznym, o czym świadczą pozostałości murów obronnych. Lokowane na prawach miejskich w XIV wieku, w 1506 otrzymały od Aleksandra Jagiellończyka potwierdzenie lokacji i prawo do urządzania dwóch jarmarków i cotygodniowych targów. Król ustanowił również w mieście komorę celną, z której część wpływów przeznaczano na utrzymywanie traktu handlowego na Węgry. Przez całe wieki miasto żyło z handlu, zwłaszcza węgierskim winem, stąd pod całym praktycznie rynkiem znajdują się olbrzymie kamienne piwnice, po których za młodu nasi „znajomi” spod sklepu bawili się w chowanego… Z uwagi na istnienie komory celnej obowiązywał w Jaśliskach zakaz osiedlania „nie Polaków”. W 1657 roku król Jan Kazimierz zatwierdził tu Kongregację Współczującą Chrystusowi, która skupiała męską młodzież i potocznie zwana była „Krzyżakami” od białych krzyży na czerwonych płaszczach. Szybko jednak kongregację rozwiązano, gdyż młodzież zbytnio się rozswawoliła…
To tyle, jeśli chodzi o Jaśliska. Dużo tu starych chyży i atmosfera jest jedyna w swoim rodzaju. A my czekamy na przejaśnienie…. 

Dzień 11, 6 września, środa - Beskid BłotNiski…

Niespieszne pakowanie. Przynajmniej wszystko suche… Pożegnanie z Gospodarzami („Przysiądźmy…”) i Zeusem. Chłopy pod sklepem już nam machają z daleka. I jeszcze pogaduchy, obrabianie dupy nowemu dzielnicowemu, bo „W chuja wali, bo się nie można pod sklepem piwa napić, a jak się leją po zabawie, to go nima gówniarza…”
Lecimy na Lipowiec. Tu tez kiedyś była wieś tętniąca życiem, założona w 1527, za komuny istniał PGR, dziś zostało tyle…





…i kilka krzyży przydrożnych oraz cerkwisko… A potem już zaczyna się absolutne NIC… Stąd tylko 1034 km do Babadag… Teraz buty w łapę i dwa pierwsze brody na Bełczy w Czeremsze. Przy drugim spotykamy samotnego turystę – idzie szlakiem granicznym, śpi w wiatach. Jeszcze tylko manicure, czyli czyścimy paznokcie, nad głowami jastrzębie i czapla siwa. Las roi się od złotych maślaków. I zaczyna się Beskid Błotem Płynący…






O jakiejkolwiek przyczepności podeszwy w tym terenie można zapomnieć. Męczarnia, Golgota… Ciężarek na plecach wcale nie pomaga. Zresztą w kilku miejscach przy akompaniamencie gęsto fruwających na prawo i lewo przekleństw ląduję po prostu w krzakach… Schodzimy z Jałowej Kiczery do Zyndranowej i tu dopiero zaczyna się Armagedon… Błoto po kostki, wszystko na drodze rozjechane ciężkim sprzętem do zrywki, buty nie chcą się z tego gówna oderwać, nie ma na czym stanąć ani nie ma po czym iść. Zassało też kije a las chce koniecznie zabrać plecak. Znów odkleiła się podeszwa i impregnuje się tonami błota…



Nareszcie koniec męki. Chatka w Zyndranowej. Na drzwiach info – dziewczyny bazowe pojechały na Jasiel w odwiedziny do filozofa, jakby co – dzwonić… Zostawiamy bety u sąsiadki i lecimy do sklepu. W sklepie nie ma zbyt wiele poza półkami i kiełbasą w lodówce. Najgorsze – nie ma fajek. Pani, która skoczyła na piwko po grzybobraniu ratuje nas skrętkami. Znów przejaw życzliwości, a zaraz potem następny, bo przyjeżdżają pod sklep dziewczyny z chatki, Brygida i Ania i zabierają nas do chałupy.
Instalujemy się i niebawem przyjeżdżają też Zbyszek i Łukasz z Wrocławia. To nie wszystko towarzystwo, bo po chałupie krąży jeszcze małe czarne straszydło, które poluje na muchy, pająki i ludzi…
Kuchnia Beskidu Niskiego… Regionalne pulpety ze słoika z makaronem. Normalnie nie dałabym tego psu sąsiada. Tutaj jest pyszne…

Dzień 12, 7 września, czwartek - Straciliśmy na dobre rachubę dni…



Zaspaliśmy… Jedyny sensowny plan na dziś – pokręcić się po okolicy. Zaglądamy do Skansenu Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej i uderzamy na Tylawę, bo w plecaku głodno i brakło papierochów… Jakieś 8 km z buta. Kawałek podwozi nas pan budowlaniec z Krempnej. Obiad w barze, zakupy i podchodzimy jeszcze pod kościół, dawną cerkiew greckokatolicką z 1787 r. pw. Narodzenia NMP w Tylawie.
Po schizmie tylawskiej przeszła na własność kościoła prawosławnego. Obok kościoła cokoły krzyży i grób żołnierski…






Perspektywa powrotu z buta tą samą drogą… Jednak po jakichś 200 metrach od skrzyżowania Darek łapie stopa i jest to jeden z najdziwniejszych stopów w naszym życiu – autobus szkolny! Wsiadamy, a dzieciaki na tylnych siedzeniach: „Dzień dobry!!” Przysiadamy jeszcze przed okazjonalnie otwartym sklepem, bo dziadek czekał na wnuczkę. A tam laski się na łąkach opalają… Jest pięknie, cicho, nie dzieje się absolutnie nic…






Wieczorne pogawędki przy piwku ze zmienniczką chatkowych, Magdą, wino Bieszczady i zgodnie z formułą chatki – co na chatce powiedziane, na chatce zostaje… Kładziemy się spać z mocnym postanowieniem ruszenia jutro dupy. Za pomocą nóg dolnych w stronę Baraniego.



Dzień 13, 8 września, piątek - Coś drgnęło na mapie…

Żegnamy się z ekipą, z kotem, z psem sąsiada wyżerającym kotu jedzenie z michy i wyruszamy w stronę Przełęczy Dukielskiej. Po wyjściu na granicę szlak znów nie wygląda zbyt kolorowo… Wszechobecne bagno i przedzieranie się przez krzaki… Po drodze znowu grzyby… Obrodziło w tym roku… Na szczęście przy wojskowej wieży obserwacyjnej kończy się błoto i schodzimy na przejście graniczne. Knajpa, sklep, cash-back, bo zaczyna nam brakować papierków a plastikiem tu płacić gdziekolwiek to dramat…






Teraz podejście na Brdo. Pierwsza ściana płaczu z odważnikiem 20 kg na plecach. Uszarpaliśmy się trochę. Las, las, las, wiatr i tak do usranego zgonu… Po drodze spotykamy tylko panów konserwujących słupki graniczne. Kolejne podejście na Siniak znowu daje po tyłku, do tego głód. Bez wora urobilibyśmy to w podskokach… Uzupełniamy kalorie w wiacie na granicy Magurskiego Parku Narodowego, bo nóżki już się plątają… A potem na dorżnięcie – kolejna ściana płaczu. Podejście z Przełęczy Sarbovskiej na Baranie. Zdechnąć idzie już na finiszu. A odważnik za cholerę nie wykazuje chęci współpracy… Las jest piękny, znów wielkie prawdziwki i borowiki, paprocie, buczyna karpacka i pełno tropów drapieżników…






Na ostatnich nogach (a raczej wlokąc nogi za sobą, bo to już nawet nie jest chód) docieramy do celu. Dalej dzisiaj i tak nie dalibyśmy rady. Piękny zachód słońca, przyjazna wiatka na spanie… Na kolację „momenty” – zupa jarzynowa z torebki z konserwą i grzankami. *** Michelin… Tłuc się z worem tyle czasu, żeby wyżryć w zimnej wiacie 0,6 czyściochy. Można? Można… Turystyka etosowa…









Dzień 14, 9 września, sobota - Właściwie jeszcze noc….

Jest złowieszczo… Silny wiatr, zimno, wiata się trzęsie… Koło północy coś zaczyna drapać pazurami (a pazury słychać konkretne) w podłogę i wydawać dziwne dźwięki. I tak z dobrą godzinę. W końcu zrezygnowany zwierz ze świadomością, że nie wejdzie do środka, postanawia dać sobie spokój. 02:14 z półsnu wyrywają nas dwa głośne pacnięcia. Pytam :”Darek, to ty?” „Nie…” Światło. Bo chyba mamy gościa… Na środku podłogi leżą dwie paczki papierosów, które wieczorem leżały zdecydowanie gdzie indziej… Z narożnika wiaty wystają jakieś przerażone oczy… Okazuje się, że to popielica przyszła na sępa po fajki… Wystraszona ucieka i resztę nocy mamy już spokój, nie licząc wycia wiatru, który udaje motor, radio, jelenie, samoloty… A za uszami ktoś chrapie. Urocza noc w dziczy…
Poranek. Ale wiecie, jak wygląda poranek po ledwo przespanej nocy? On nie wygląda. Tak jak i my nie wyglądamy. A zza rogu znów przygląda się szyderczo ta szafa gdańska, z którą przydałoby się dziś urobić ponad 20 km. Tymczasem woda na wykończeniu i jesteśmy bidnie na głodno. Burza mózgów. O ile te dwie ostatnie szare komórki można mózgiem nazwać… Zarzynać się z perspektywą najbliższej wody za 20 km czy ewakuacja i lizanie ran? Wybieramy to drugie i zwalamy na Olchowiec.







Tu zaglądamy do drzwi cerkwi. Pierwsza świątynia powstała tu w 1792 r. Jednak w 1934 r. rozebrano starą i wybudowano obecną, w której zachował się jeden z trzech dzwonów z poprzedniej cerkwi. W latach 40. została zaadoptowana na kościół, obecnie ponownie od 1987 wznowiono nabożeństwa greckokatolickie w cerkwi pod wezwaniem Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja.
Interesującym obiektem jest również prowadzący do niej kamienny most, będący unikatem na Łemkowszczyźnie.






A potem wzdłuż potoku Olchowczyk w upale, wśród z politowaniem gapiących się byków i krów do Polan. Tu znów gówno absolutnie pośrodku niczego (dosłownie, bo narobione na środku drogi). W Polanach mijamy cerkiew pw. Św. Jana Złotoustego (inaczej Jan Chryzostom), który zreformował tekst liturgii prawosławnej i greckokatolickiej. Zbudowana w 1914 r. Po akcji „Wisła” zamieniona na magazyn, oparta na planie krzyża greckiego, lekko nawiązuje stylistyką do świątyń bizantyjskich.



Krempna. Stolica Beskidu Niskiego. Łapiemy kwaterę przez neta, bo w końcu jest zasięg od kilku dni i postanawiamy się zregenerować przed dalszym tygodniem filmu drogi.
Obowiązkowo idziemy pod cerkiew. Jest w remoncie i pomimo, że wejście otwarte, ikonostas zakryty foliami malarskimi. Jedynie, co możemy zrobić, to wrzucić skan karty pamiątkowej pobranej za dobrowolne miedziaki z nowego kościoła…
Cerkiew pw śś Kosmy i Damiana, na skanie – cały dolny rząd, to cztery ikony namiestne. Z tych namiestnych na skanie są dwie: z Matką Boską i Chrystusem Nauczającym. Ikony chramowej ze św. Kosmą i Damianem nie widać, jest ona zawsze pierwsza z prawej. Nie widać też lewej zewnętrznej. Te, które widać na skanie przedstawiają wrota diakońskie, a na nich prawdopodobnie archaniołowie Michał i Gabriel. Na tych wrotach bywają też w ikonostasach umieszczani pierwsi męczennicy: Szczepan i Wawrzyniec. Na środku tzw. Carskie wrota z uwiecznionymi czterema ewangelistami, nad nimi Ostatnia Wieczerza i rząd ikon najważniejszych świąt.
Cerkiew wzniesiona w 1778/82. Jedna z piękniejszych moim zdaniem na szlaku… Na miejscu wcześniejszej, która stała 275 lat… Mimo spalenia prawie całej wsi podczas I wojny światowej, cerkiew przetrwała nienaruszona. Po remoncie w 1972 roku, przywrócona do kultu użytkowana jako kościół rzymskokatolicki. Przed świątynią stoi kamienna figura św. Mikołaja, patrona Karpat z XIX w. wykonana w Bartnem.








 
Dzień 15, 10 września, niedziela - IV Szlak Architektury Drewnianej

Budzik drze mordę: „Nie spać, zwiedzać!!!!” W końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności… Poranek wcale nie zapowiada ładnej pogody. Jest chłodno i jesiennie. Męczenie kciuka w kierunku Kotani nie napawa optymizmem. W końcu docieramy z buta pod cerkiew.
Pw. śś Kosmy i Damiana, zbudowana 1782 roku, obecnie kościół filialny parafii w Krempnej. Po wyludnieniu wsi po II wojnie światowej, opuszczona, niszczała, dopiero w latach 1962-63 cerkiew rozebrano, zakonserwowano i złożono, dokonując niezbędnych napraw. W 1963 r. wokół cerkwi utworzono lapidarium z 22 zabytkowych kamiennych nagrobków i figur przydrożnych, przeniesionych z Nieznajowej, Żydowskiego i Ciechani. Wśród tych figur dominują odwzorowania postaci Chrystusa na krzyżu, który w kościele obrządku wschodniego stopy ma przybite oddzielnie, ale również zdarzają się figury, gdzie stopy przybite są jednym gwoździem, jak w obrządku rzymskokatolickim. Co ciekawe, wierna kopia tej cerkwi znajduje się w skansenie we Lwowie…




Na Świątkową chcemy się przebić żółtym szlakiem, jednak po jakimś kilometrze szlak zagradzają elektryczne pastuchy, nie ma ścieżki a perspektywa bliskiego spotkania z kopulującym bydłem nie napawa optymizmem. Odwrót. Do Świątkowej Wielkiej mamy podwózkę. Naturalnie geniusz Małecki przytrzaskuje mi rękę drzwiami przy wsiadaniu. Kurwa i to w kangoo!!!
Świątkowa Wielka. Cerkiew pw św. Michała Archanioła. Obecnie kościół filialny parafii w Desznicy. Pierwotne wzmianki datują ją na 1581 jako świątynię prawosławną, która zmieniła wyznanie po podpisaniu aktu unii brzeskiej. W tym miejscu w 1757 r. wzniesiono świątynię w obecnym kształcie. W 1927 roku zaczęto znów w cerkwi obrządek prawosławny. Do 1986 roku stała pusta po akcji „Wisła”. Jest jedną z nielicznych, która przypomina, że cerkwie malowano, głównie w celu zabezpieczenia i konserwacji drewna i gontu.




Jest też obok cmentarz i gospodarstwo, na którym pasą się daniele… A dalej z buta przez popegeerowskie pastwiska w upale południa. Do cerkwi w Świątkowej Małej.
Datowana pierwotnie na 1581 rok jako świątynia pomocnicza parafii prawosławnej w Grabiu. W obecnej formie wybudowana w 1762 roku. Całkowicie zamknięta w 1931 roku. W latach 50 XX wieku niemal całkowicie zdewastowana a w latach 70- tych obiekt został kilkakrotnie rozkradziony – złodzieje wycięli carskie wrota i wynieśli ikony rzędu świąt. Generalny remont świątyni przeprowadzono w 2010 roku.








Wracamy do drogi na Krempną i postanawiamy nie drzeć podeszew te 6 km, ale łapać stopa. 20 minut i kciuk umęczony…
Krempna. Teraz trzeba napchać porządnie kichę, bo jutro już na ciężko z perspektywą 2 dni bez zakupów. I chillout. Czyli opalanie na balkonie przy soplicy jagodowej. Przecież nie każdy musi wypoczywać jak zwykły ceper, czasami trzeba skorzystać z uroków cywilizacji, a nie tylko hotele…



Dzień 16, 11 września, poniedziałek - Teleportacja

Jak zwykle spóźniona pobudka. Pakowanie „Łabowca” (tak od wizyty w Łabowcu nazywamy każdy większy rozpiździel) a nasz majdan mniej więcej tak wygląda i zajmuje łóżko, stół i pół podłogi… Ruszamy na stopa i tu chyba dokonuje się kolejny po roztrzaskanym pysku etap zemsty Kościejnego. Dwie i pół godziny obserwując krowy, wykopki i pustą drogę… A jak już coś jedzie to jest to baba i się nie zatrzyma… W końcu lituje się nad nami pewien traper z vitarą i zawozi wprost do Grabu, na skrzyżowanie na Wyszowatkę. Dalej polecimy na Radocynę, ale najpierw trochę lokalnego folkloru…
Dla zainteresowanych – po 1) sklepu w Ożennej już nie ma; 2) można się tu dostać z Jasła, 14:30 autobus był na miejscu, kierunek Grab; 3) w Wyszowatce sklep czynny 8-10 i 15-20.
Koło 15tej zaczynają schodzić się dyżurni… A właściwie jest to kilkunastu chłopa. Chyba się cała Wyszowatka zeszła… Kłócą się tam, zaczepiają, psy się nawet zlazły, bo sklep otworzyli, ino brzęczy szkło… Jednak w stosunku do nas, graba jak pół bochna chleba, dzień dobry, skąd-dokąd państwo idziecie, co tak młody do gości tyłem siedzisz, zachowuj się… Wypijamy 2 piwka i zarzucamy te znienawidzone już wory na plecy. Pada sakramentalne :”A chce wam się to nieść?” „Nie bardzo…”






Ot i pozostałości PGR-u, parę chałup i nagle znów kończy się wszystko… Przy drodze, przy której krzyż samotnie niszczeje… A właściwie 10 złamanych krzyży przy drodze z Wyszowatki do Radocyny….
Są i drzwi do wsi Długie…
Jak mówi napis: „Po bezdrożach wędrujesz, może nawet nieświadom, że w tajniki wkraczasz, bo dolina ta swą historię ma”… To pierwsze słowa na symbolicznych drzwiach do wsi Długie, która swoją historią sięga roku 1541… Była tu cerkiew greckokatolicka pw. św. Dymitra z 1754 roku. Żyło tu 247 osób, 36 gospodarstw a wioska ciągnęła się na długości 3 km… Dziś zostały tylko te drzwi…






W końcu dochodzimy do cmentarza wojennego nr 44 a dalej do cerkwiska wsi Długie. Na wzgórzu nad cerkwiskiem pasterz gwiżdżąc przepiękną, rzewną melodię schodzi w dół z kierdlem a my mijamy niezwykle ważny punkt telekomunikacyjny.









Przekraczamy bród na Wisłoce i teraz już tylko droga do bazy w Radocynie. Jest tu wiatka, na którą liczyliśmy, ale ktoś już ją zajął, więc zmuszeni jesteśmy rozbić namiot, co będzie miało swoje konsekwencje wczesnym rankiem…
Do snu (jakiego kurwa snu???!!!) – trzaskanie ognia i recital samotnego jelenia aż po świt….





Dzień 17, 12 września, wtorek - Ewakuacja

5:50…. Budzą nas pojedyncze krople deszczu bębniące w dach namiotu. Co jest kurwa? Jakaś klątwa? Na szczęście zwijamy majdan na 5 minut przed totalną zlewą.
Darek mówi, że to znów powtórka sprzed 2 lat, też się stąd zwijali z Krisem w deszczu. Tyle, że oni wtedy uciekali do domu, a my mamy spanie w Smerekowcu, tylko trzeba tam dojść…
Wybieramy opcję Radocyna- Zdynia- Ług, bo tam jest sklep. Gdy mijamy nieistniejącą wieś Lipne w okolicach Zajęczej Góry - coś jedzie. I tak pośrodku niczego, w lesie, w deszczu, udaje się złapać autostop. Zmoknięty grzybiarz z Gorlic z pająkiem dyndającym jako maskotka pod lusterkiem, zabiera nas wprost do Smerekowca pod sklep.






Telefon do Pani Danusi „Dzień dobry, to my, jesteśmy pod sklepem, gdzie mamy iść?” Po drugiej stronie słuchawki pada pytanie: „Gdzie, w Smerekowcu? To syn po was przyjedzie!”
5 min później kwaterujemy się… Kolejna cerkiew na trasie i powrót na ogarnięcie. Na obiad. I tu okazuje się, że niepotrzebnie robiliśmy zakupy, bo Gospodyni przynosi nam „troszkę zupki” (tak z litr) pomidorowej z ryżem i po 5 pierożków (po zjedzonych wspólnie 14 na talerzu zostaje... 14). Ze skwareczkami…
Festiwal NicNieRobienia…. Pranie namoczyliśmy (grubszy brud odpadł), dupska umyliśmy, potrzebne było. A przyjęcie i gościna nie ma sobie równych… Na rano mamy zapowiedziane mleko prosto od krowy do kawy a w całym domu pachnie grzybową…
Taka dygresja – wieczór krowy też chyba mają rykowisko…

Dzień 18, 13 września, środa - "Sunday" czyli kolejne spotkanie na końcu świata…

Od rana czekamy na spotkanie ustawione spontanicznie w trasie… Grześ leci na Ukrainę i decyduje zawinąć o Smerekowiec. Spotkać się z nami, pokrążyć po okolicy, przy okazji wypić flaszkę za spotkanie.
W planie na dziś: okoliczne cerkwie. Grześ dociera autem po 10:00, chwilę później syn gospodarzy proponuje nam podwózkę do Uścia Gorlickiego. Zawsze to z 7 km mniej w bucie, tym bardziej, że dzień ma być relaksacyjny. UHM…
Na początek Uście. Cerkiew pw. św. Paraskewii. Niestety zwiedzanie tylko w weekendy, więc o niej jeszcze będzie.



A dalej – piwo w łapę i z buta do Kwiatonia. Tu po drodze napotykamy bardzo przyjazne miejsce – mianowicie sklep. Co prawda, chwilowo zamknięty, ale można sobie urządzić piknik.



Kwiatoń. Ponoć jedna z najpiękniejszych cerkwi karpackich. Od przewodnika, pana Jana Hyry dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy, m.in. jak dokładnie „czytać” ikonostas, czym się różnią cerkwie w poszczególnych regionach Karpat, jak twórcy ikonostasu Bogdańscy przemycili rysy twarzy swoich najbliższych w wizerunkach Paraskewii, Matki Boskiej i św. Jana… Bogdańscy bardzo często mieszali symbolikę rzymską do cerkwi greckiej i odwrotnie, czego przykładem jest np. w Kwiatoniu ikona ukrzyżowania. W kościele obrządku wschodniego Chrystus ma przybite stopy osobno – a tu razem. Pan Jan to w ogóle skarbnica wiedzy… Chodzą słuchy, że zanim się urodził, już wiedział, że będzie przewodnikiem… ;)







Gdy się żegnamy, pan Jan pyta skąd jesteśmy – z Bielska – Białej. „Aaa, to nie wiem, czy Państwo wiecie, nasz dzwon z wieży został odlany w starej ludwisarni braci Schwabe w Białej!” Instytucja już nie istnieje a my jesteśmy bogatsi o nową wiedzę.
Obecnie cerkwi bardzo potrzebna jest instalacja ppoż, koszt 20.000, szukają sponsora/inwestora.
Kolejna na trasie jest cerkiew w Skwirtnem. Lecimy asfaltem przez drewniany most, dużo tu łemkowskich chyży. Cerkiew została zbudowana w 1837 roku. Po akcji „Wisła” zaczęła być użytkowana jako kościół rzymskokatolicki.





We trójkę ciężko złapać stopa… Tutaj autobus szkolny nie chce się zatrzymać. Walimy pod sklep w Smerekowcu, bo żołądek przykleił się do kręgosłupa. Pęto kiełbasy, buła w łapę i sru do Gładyszowa… Po drodze cmentarz wojenny nr 56…



I tu zaczyna powoli być widać, że znowu jesteśmy w górach… I ciekawostka – dwujęzyczne tablice niektórych miejscowości…
Zresztą, co tu się dużo dziwić – przecież w Skwirtnem widzieliśmy nowoczesne nagrobki z napisami w cyrylicy.







A dalej – klimaty gładyszowskie…. Rżenie koni pasących się na połaciach pastwisk, bo tu stadniny hucułów.
Idziemy pod cerkiew z 1938 r, bardzo nietypową jak na te okolice, ponieważ zbudowaną na planie krzyża greckiego. Zaraz obok jest ukryta za domami kaplica prawosławna.









I to tyle na dziś. Jeszcze tylko miły wieczór przy wspomnieniach z gór i nynu… To miał być dzień rekreacyjny. Wyszło prawie 20 km z buta…



Dzień 19, 14 września, czwartek - Apogeum zmęczenia

Pobudka… Chyba ze 3 pobudki… Niechciejstwo totalne. Miała być Lackowa, srał ją pies, nie ucieknie… Tu boli, tam boli, tu trzeszczy, tam zgrzypi… Za dużo… Jeszcze gdyby szło tam sensownie podjechać, to owszem, a tu nie idzie stopa na Uście urobić… Urobiliśmy co prawda panią grzybiarkę, ale i tak do busa na Wysową musimy walić jakieś 1,5 km z lacia. Po drodze stacja benzynowa z „knajpą” na zapleczu. Tu dowiadujemy się, że nikt tu nie chodzi na grzyby dla przyjemności a jesień się kończy… Z czego ci ludzie żyją?
Lecimy na Wysową. Na początku cerkiew pw Michała Archanioła z 1779 roku. Cennym zabytkiem w niej jest późnobarokowy ikonostas z dobrze zachowanym kompletem ikon. No i niestety nic więcej nie wiemy…




A dalej na drogę, po napchaniu kichy w Barze u Tomasza, do Blechnarki. Leciutki spacerek z pięknymi widokami na Góry Hańczowskie…
Cerkiew w Blechnarce pw. śś Kosmy i Damiana z 1801 roku to kolejny ewenement. Poddasze cerkwi jest schronieniem kolonii jednego z najrzadszych w Europie nietoperzy – podkowca małego. Ten zagrożony gatunek skazany jest na wyginięcie, stąd wymaga bezustannej ochrony.








Nawrotka do Wysowej. Piwko grybowskie w Domu Zdrojowym ( do którego zjeżdżają właśnie rydze i prawdziwki ze skupu, o którym mówiły chłopy pod stacją benzynową, a dalej kościół NMP Wniebowziętej w Wysowej – już w tę stronę zaczynają się kościoły – taka mała dygresja… A potem szybki stop do Hańczowej, pod prawosławną cerkiew Opieki Matki Bożej z XIX wieku tuż obok granitowy krzyż, postawiony na pamiątkę 1000-lecia chrztu Rusi i tablica dedykowana wysiedlonym w ramach akcji „Wisła”…









Teraz już tylko bus do Uścia, w którym z sakiewki, wzorem Dobromiła, wysypujemy całą miedź na bilet. I „Homola”. Zamawiamy po piwku za 5 zł i lufce za 3,60… Darek bierze kartę, bo byśmy tu coś zjedli za 2 dni jak będziemy wracać. Przeglądam i oczom nie wierzem. Gramatura porcji przerasta możliwości żołądka a ceny zatrzymały się na wczesnym Kwaśniewskim. Da się? Tutaj owszem… 5 minut i łapiemy na stopa tatę i córę z Koniecznej. Kolejne podanie dłoni od tych wspaniałych ludzi z Beskidu Niskiego… 

 Dzień 20, 15 września, piątek -  Magura Małastowska i Zeus nr 2

Budzimy się niespiesznie, dziś tylko Magura… I znowu błoto, tak to już jest w Beskidzie BłotNiskim. Za Smerekowcem podążamy rozdeptanym przez krowy szlakiem, jednak po wejściu do lasu jest jeszcze gorzej – szlak jest rozorany końskimi kopytami. Znów ten charakterystyczny mlask… Ten dźwięk będzie mnie prześladował w koszmarach do końca życia… Drogę umilają spozierające z zarośli czerwone kozaki, prawdziwki i rydze. Maślaków przelanych deszczem nawet nie bierzemy.
Przy rozstaju w Nowicy opuszczamy znakowany szlak, po to, by odnaleźć cmentarze nr 59 i 58 z I wojny światowej.






Ten na szczycie Małastowskiej robi ogromne wrażenie. Zwłaszcza zbiorowe mogiły… Jak wyczytaliśmy w folderze „ostatnia rycerska wojna, gdzie żołnierzy z obu stron barykady chowano na wspólnych cmentarzach”. Można tutaj spotkać nagrobki z nazwiskami czeskimi, słowackimi, bałkańskimi, austriackimi, zbiorowe mogiły żołnierzy służących w armii carskiej…





Po krótkim popasie lecimy na schronisko. Tam wita nas owczarek środkowoazjatycki wielkości połowy konia i oczywiście na sępa. Zeus. Znów. Na sępa dołącza kot i husky Santi…









Po harcach z Santi Zeus wychlał pół taczki wody (tak, tej niebieskiej widocznej w tle) i uciął sobie drzemkę...


Po drzemce Zeus wyjaśnia kotu, który udaje na moich kolanach, że go nie ma, gdzie jego miejsce, goniąc go w las. Piwo grybowskie wyjeżdża do nas windą z parteru schroniska. Przed wyjściem Darek robi zdjęcia wnętrza jadalni i stwierdza, że Zeus głupim bogiem był – kot przegoniony w las wrócił sympatycznie mrucząc na stole wewnątrz a głupiutki pies nie opuszcza nas aż na Przełęcz Małastowską… Na nic nie zdają się przeganiania „do domu Zeus!!!!” Ponoć z turystami zszedł kiedyś do Bartnego. A z inną ekipą wrócił. Na dodatek robi wieś, bo wybiega na środek drogi i przed auta.
Na Małastowskiej odwiedzamy cmentarz nr 60. Z bardzo charakterystyczną mogiłą – macewą.







Zaraz za zakrętem poniżej udaje nam się zatrzymać stopa do Gładyszowa. Pozdrawiamy Siemianowice Śląskie! I tym oto akcentem zamykamy górską część wyjazdu…

Dzień 21, 16 września, sobota -  Odwrót

Stop idzie łatwo. Dzięki grzybiarzom z N. Sącza sprawnie dostajemy się do Uścia Gorlickiego. Tu w cerkwi nawiązujemy rozmowę z greckokatolickim diakonem, który wyjaśnia nam różnicę pomiędzy obrządkiem liturgicznym wschodnim a zachodnim.





Potem zasłużony, pyszny obiad w „Homoli”. I to chyba koniec pieśni…




Dwa wraki ludzkie wróciły po 21 dniach, 29 autostopów po drodze, 20 cerkwi, 4 cerkwiska, 6 kościołów, 5 kaplic, w tym 1 prawosławna, 7 cmentarzy z I WŚ, 220 km w tym jakieś 15% stopem, 5132 m podejść, 5272 zejść. Wspaniali Ludzie, bezinteresowna pomoc, zmiana toku myślenia.. Po prostu Beskid Niski.
I teraz ten dług wdzięczności zwrócimy przy następnej okazji... najbliższej…
P.S. A skąd tytuł relacji? Po prostu najbardziej pasowały nam słowa piosenki Baniaków: „Przewala się po kątach mej pijanej duszy, odchodzi, wraca, potyka i wstaje, grzmot dawno przebrzmiałej radocyńskiej burzy i śmiech bez pamięci i echa wołanie…”














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz