sobota, 22 czerwca 2019

Maraton cerkiewny
Czyli Państwo Wariactwo, Gałgan i Mechaniczna Pomarańcza znów w drodze

22-23 czerwca

Nie wiem jak to się dzieje, ale najlepsze pomysły przychodzą znikąd. I niespodziewanie. Długi weekend niestety nie wypalił w całości, ale zostały do zagospodarowania dwa dni – sobota i niedziela. Powstał zatem pomysł zacnej objazdówki szlakiem cerkwi na terenie Sądecczyzny i Beskidu Niskiego.



Wyruszamy z Bielska o 6 rano. Pogoda rozpieszcza. Drogi niemal puste, więc ciśniemy żwawo. Pochmurny, aczkolwiek ciepły poranek powoli nabiera barw a spomiędzy chmur prześwituje słońce, rozświetlając ciepłym porannym światłem wzgórza Beskidu Makowskiego, potem Wyspowego. Po drodze pada kolejny pomysł – pierwszy przystanek – śniadanie w Starym Sączu, w znanym nam już i sprawdzonym miejscu – Zajeździe „U Misia”. Na samą myśl o przepysznych naleśnikach burczy w brzuchu…
Jest i Stary Sącz, zatłoczony o poranku, są i naleśniki z serem i winogronami z cukrem pudrem, mmm palce lizać, tak syte, że nie idzie dojeść. Z brzuszkiem jak balonik wsiadam do samochodu i prujemy dalej, wzdłuż Popradu w stronę Piwnicznej. 
W Rytrze jakaś parka z plecakami macha na stopa. A co, zgarniamy ich. W końcu swoi. Trzeba spłacić ten dług zaciągnięty u tych, którzy tyle razy nas podwozili swego czasu! Poza tym to zwykła przyjemność pomóc komuś z plecakiem dostać się dalej w góry. Podwozimy ich do Piwnicznej i sadzimy dalej. Droga wzdłuż Popradu jest przepiękna i malownicza, wije się równo rzeką między wysokimi stokami gór i tylko szkoda, że Poprad dziś, po niedawnych opadach wygląda jak ściek, nie mam nawet zdjęcia.
Punkt trasy nr 1, czyli Wierchomla Wielka, osiągnięty nieco po 9:30. Niezły czas. Beskid Sądecki w pełni lata i pierwsza z cerkwi – dawna cerkiew parafialna greckokatolicka pw. Św. Michała Archanioła z 1821 r., obecnie kościół parafialny rzymskokatolicki, zbudowana w stylu wschodniołemkowskim jak większość tego typu obiektów, niestety zamknięta, więc tylko krótki spacer dookoła. Obok cerkwi stoi kamienna dzwonnica i zachowały się trzy małe kapliczki oraz kamienne krzyże cmentarne.






Poprad prowadzi nas dalej ku małej wsi Zubrzyk i równie małej cerkiewce na wzgórzu z pięknym widokiem na Beskidy. Cerkiew greckokatolicka św. Łukasza w Zubrzyku z 1875r., obecnie kościół rzymskokatolicki pw. Podwyższenia Krzyża Św. to niewielki budyneczek murowany (dla odmiany). Równie skromny z zewnątrz, jak i wewnątrz, z dawnej cerkwi nie pozostało już niestety nic.







Wracamy na główną drogę i razem z pociągiem towarowym pełznącym wzdłuż drogi po torowisku zmierzamy ku kolejnemu punktowi – do Żegiestowa. Senna wioseczka, przynajmniej w rejonach przycerkiewnych. A sam budynek robi wrażenie – kamienna, sporych rozmiarów budowla tym razem na planie krzyża, której cebulaste srebrzyste hełmy już lśnią daleka. 
Cerkiew św. Michała Archanioła w Żegiestowie 1917-25 r., obecnie kościół św. Anny.






Żar leje się z nieba, a my lecimy dalej. Mijamy Żegiestów Zdrój i przypominają mi się ruiny ośrodka wypoczynkowego na Kozubniku (do niedawna) – tu też straszą szkieletory. Nie wiadomo, czy te domy wczasowe się budują, czy rozbierają, nie wiedzieć dla kogo to postawione i czy w ogóle miały jakieś lata swojej świetności… Pośród tego urbexu wyjebany czterogwiazdkowy hotel i Spa, z widokiem na Łopatę Polską i przełom Popradu. Nad wodą ośrodki wczasowe i jakoś tętni życie wśród tych ruin. Droga wije się zakosami w górę i wypada w cichej i sympatycznej wsi Andrzejówka. Tam czeka na nas w cieniu wiekowych lip kolejny obiekt - cerkiew greckokatolicka p.w. Zaśnięcia Bogurodzicy (kościół rzymskokatolicki Wniebowzięcia NMP) 1860–1864 r., tym razem zachodniołemkowska. Przy cerkwi cmentarzyk, z którego udaje się zrobić kilka zdjęć całego obiektu.






Z Andrzejówki udajemy się do pobliskiego Milika. Stoi tam ciekawa cerkiew z malowanymi latarniami pozornymi, bez podmurówki (może jest wkopana w ziemię?) z dzwonnicą obok. Jest to cerkiew  greckokatolicka św. św. Kosmy i Damiana ( kościół  rzymskokatolicki) z 1813r. I oczywiście też zamknięta.







Zastanawiamy się nad zatrzymaniem się w Muszynie, przez którą zaraz będziemy przejeżdżać, ale odkładamy to na później. Dalej prowadzi nas Poprad, wcina się głęboko między góry zachodzące na siebie i tworzący malowniczy przełom. Kręta droga pośród zieleni i nagle wyskakujemy w samym środku jakiegoś niemożliwego tygla. Natychmiastowe skojarzenie jarmarków rumuńskich… Przejście graniczne. Tabuny samochodów i wszędzie Cyganie. Sprzedają czy kupują, nie wiadomo, co tu się właściwie dzieje! Ciuchy, dywany, ziemniaki, kwiatki, badziewie odpustowe, krasnale ogrodowe, buty, koszule, zabawki, doniczki, szajs, mydło i powidło. Ciężko przejechać ulicą, żeby kogoś nie zabrać na maskę. W końcu przedzieramy się przez zapoconą, rozkrzyczaną tłuszczę i uciekamy na wzgórze, na którym stoi kolejna cerkiew. 
Cerkiew parafialna greckokatolicka św. Dymitra w Leluchowie (obecnie kościół rektoralny rzymskokatolicki) z 1861 r. jest przepiękna i całe szczęście dla nas – otwarta. Bardzo miła pani przewodniczka opowiada nam dość sporo o samym obiekcie, m.in. jak ciężko zebrać fundusze na renowację świątyni, sama wieś Leluchów liczy zaledwie 220 mieszkańców, więcej mieszka w bloku w naszym mieście, parafia zatem jest uboga. Zasadniczo cały obiekt tak naprawdę utrzymują… nietoperze! Kilka lat wstecz odkryto tutaj stanowisko podkowca małego, są to same samice, które tutaj się rozmnażają i wychowują młode, panowie natomiast fruwają sobie gdzieś i osiadają pod mostami czy na strychach.







Z racji ochrony zagrożonego gatunku, spływają tutaj zatem dotacje na rzecz utrzymania obiektu jako stałego siedliska nietoperzy. Sama cerkiew wewnątrz jest piękna, polichromie ornamentalne nawiązują do wzorów haftu ludowego – krzyżykowego ukraińskiego i polskiego na znak podobieństwa tych dwóch kultur.
  „W Leluchowie - miła
  Zaczyna się koniec świata
  Tam anioł traci głowę
  Z brzozami się brata…
  …
  Kiedy będziesz już ze mną
  To nikomu nie powiem
  Że szczęśliwi byliśmy
  Kiedyś w Leluchowie”
  (autor –Adam Ziemianin)
   Po miłej pogawędce postanawiamy zapędzić się jeszcze dalej i to już naprawdę chyba na koniec świata. Tylko droga i las, krzaki i drzewa i nic poza tym. Nawet rzeka odpłynęła gdzieś daleko. Na końcu tego niczego pośrodku niczego znajduje się wieś Dubne licząca 40 mieszkańców a pośrodku lasu na wzgórzu stoi samotnie przepiękna cerkiew - filialna greckokatolicka cerkiew pw. św. Michała Archanioła (obecnie kościół filialny rzymskokatolicki pod tym samym wezwaniem) z 1863 r.







Cerkiew jest jeszcze mniejsza niż ta leluchowska. Kilka lat wstecz orzeczono, iż dach świątyni wymaga remontu, jednak brak było na ten cel funduszy. Wówczas pod dachem cerkwi również zalęgły się rzeczone wcześniej podkowce, jednak było ich zbyt mało, by Polskie Towarzystwo Przyjaciół Przyrody „pro-natura” zajmujące się zliczaniem populacji, zadecydowało o dofinansowaniu. Wówczas wierni z Leluchowa, gdzie nietoperz już sponsorował cerkiew powiedzieli księdzu z Dubnego, żeby się modlił o te podkowce i co się stało – w ciągu roku kolonia rozrosła się z kilku do kilkudziesięciu sztuk, dzięki czemu można było uznać stanowisko! Widocznie modły się opłaciły, bo cerkiew ma nowy dach i odnowioną część polichromii. 
Bardzo sympatyczna pani przewodniczka zaskoczona była również ilością osób odwiedzających cerkiew. Przecież Dubne to naprawdę koniec świata, nie ma tam nic! A jednak ludzie zaglądają do tej pięknej cerkiewki i słusznie, bo warto.
Przelatujemy przez Muszynę, zaczyna padać deszcz, idziemy zatem na lody i przeczekujemy. Nie trwa to długo i możemy walić dalej w trasę. Kolejny obiekt to greckokatolicka cerkiew łemkowska  św. Dymitra Sołuńskiego w Szczawniku, z 1841, obecnie  kościół rzymskokatolicki.






Obok cerkwi stoi osobliwy obiekcik (wymazany na zdjęciu ze względów estetycznych), otoczony drewnianym parawanikiem –mianowicie TOI-toi… Nie ukrywam, że przyjęty został przez mnie z radością. Nieopodal jest także źródełko z leczniczą wodą (Źródło „Za cerkwią”) - jest to szczawa wodorowęglanowo-sodowo-wapniowo-magnezowa o mineralizacji 2600 mg/dm3. Wskazana przy leczeniu: choroby wrzodowej, kamicy nerkowej, przewlekłych stanów zapalnych dróg oddechowych oraz przewlekłego zapalenia pęcherzyka żółciowego. Można sobie nabrać do butelek, napić się świństwa i mieć nadzieję, że leczy. Tak więc nabieramy, korzystamy z Toi-toia „Za cerkwią” i uciekamy dalej. 
Cerkiew parafialna greckokatolicka św. Dymitra w Muszynie-Złockiem (kościół parafialny rzymskokatolicki Narodzenia NMP) z 1867–1872 r. Świątynia jest bardzo duża jak na cerkiew i ma ciekawą architekturę. Szkoda, że nie można wejść do środka, po tych wszystkich ciasnych i małych cerkiewkach robiłaby należyte wrażenie. Obok cerkwi leży cmentarz, na którym również znajdziemy klika ponadstuletnich mogił łemkowskich.








Kilka kilometrów dalej, krętą i wyboistą drogą docieramy do wsi Jastrzębik. Tutaj też stoi zachodniołemkowska cerkiew pw. św. Łukasza Ewangelisty z I poł XIX w. Niestety również zamknięta. Przed nią ładny skalniak i zadbane, kwieciste otoczenie.






A teraz jeden z głównych gwoździ programu na dziś, mianowicie cerkiew pw. św. Jakuba Młodszego Apostoła w Powroźniku z 1600 roku (najstarsza w polskich Karpatach). Czekałam na nią przyznaję i wielkim rozczarowaniem było to, że trafiliśmy akurat na remont! Cała cerkiew spowita folią budowlaną, zakryta rusztowaniami, zostało nam jedynie zwiedzić wnętrze a to robi piorunujące wrażenie. Ikonostas cerkwi w Powroźniku jest zupełnie inny niż we wszystkich dotychczas napotkanych przez nas świątyniach. Zazwyczaj ikonostas stanowi monolit, tu jednak podzielony jest na dwie części – rząd ikon namiestnych i prazdników stoi osobno, podczas gdy deesis i prorocy starego testamentu to odrębny poziom przewieszony dodatkowo ponad ołtarzem. Zwyczajowo w rzędzie prazdników na środku przedstawiona jest ostatnia wieczerza, tu jednak mamy mandylion a zamiast Chrystusa Pantokratora w rzędzie deesis – Ukoronowanie Najświętszej Marii Panny. Zamiast św. Mikołaja w rzędzie ikon namiestnych stoi z mieczem Archanioł Michał. Wnętrze cerkwi robi niesamowite wrażenie. W 2013 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Polecamy każdemu.









Z Powroźnika udajemy się na południe, w głąb doliny, gdzie oczywiście nie ma nic a na końcu mała wioska zatopiona pośród wzgórz – Wojkowa. Bawią się tu dzieciaki z małym psem, zjeżdżają z górki na deskorolce na siedząco a my wychodzimy po schodkach na wzgórze ku cerkwi parafialnej greckokatolickiej św. św. Kosmy i Damiana z 1790 r. 
Obok cerkwi stoi dzwonnica a każdy dzwonów dedykowany jest osobno: św. Józefowi, św. Kindze i św. Agacie. Z tyłu cerkwi stary cmentarz łemkowski i piękny widok na okoliczne wzgórza, na których panuje już niepodzielnie lato.










Od jakiegoś czasu już nam w brzuchach burczy a średnio było gdzie zatrzymać się na dogodny popas. Zmierzamy w stronę Tylicza, aż tu nagle przy drodze wiatki i spore pole biwakowe z paleniskami! No jak tu nie skorzystać? Zawijamy zatem ku wiatom i wyciągamy wiktuały. Nasze auto udaje Transformersa…






Stąd do Tylicza już blisko. Na początek zaglądamy pod cerkiew - parafialną greckokatolicką św. św. Kosmy i Damiana (obecnie kościół cmentarny rzymskokatolicki) z 1743 r. i na cmentarz.







Następnie podjeżdżamy kilka kilometrów w stronę granicy, by odwiedzić cerkiew filialną greckokatolicką św. Jana Ewangelisty w Muszynce (obecnie kościół filialny rzymskokatolicki) z  XVIII w.







Zaglądamy na chwilę na uroczy ryneczek w Tyliczu (myślałam, że to większe miasteczko) celem dokonania zakupów, po czym ruszamy dalej. Godzina jeszcze młoda – jak nam się wydaje, ledwo piąta dochodzi. Na tej „młodej godzinie” jeszcze się przejedziemy, ale o tym później. Na razie lecimy dalej i kolejna na trasie jest Mochnaczka Niżna. 
Cerkiew parafialna greckokatolicka św. Michała Archanioła w Mochnaczce Niżnej ( k. parafialny rzymskokatolicki MB Częstochowskiej) XVIII lub I poł. XIX w. zadziwia nas wystrojem wnętrza, zwłaszcza ikonostasem przedzielonym na pół ołtarzem wizerunkiem MB Częstochowskiej – osobliwie to wygląda. Całe wnętrze zdobią piękne polichromie i skrupulatnie plecione i układane w bukiety przez drobną siostrę zakonną kwiaty.







Poniosło nas dalej. Drogą na Berest. Gdy tylko odbijamy z głównej drogi, świat nabiera innych barw. Bo tu już jest ten prawdziwy Beskid Niski, widać to od razu – bezkresne łąki, na których pasą się krowy, bezludne pagóry i doliny, wyboiste, kręte drogi donikąd, łańcuszek gór na horyzoncie i cisza, przejmująca cisza, że niemal słychać jak słońce niży w dół. Ciepłe barwy przedwieczorne spływają na ten sielski obrazek i jakaś łezka się w oku kręci – znowu ten kochany Beskid Niski, tak jakby niespodziewanie wyrósł przed oczami, bezdroża i czas zatrzymany w dolinach. Nad porządkiem świata czuwa Lackowa…





Spływamy stromą drogą do Banicy, gdzie stoi cerkiew parafialna greckokatolicka św. św. Kosmy i Damiana (obecnie k.parafialny rzymskokatolicki pod tym samym wezwaniem)  z poł. XVIIIw. Jej czarne ściany wyraziście odbijają się na tle pastelowego nieba przygotowującego się na przyjście wieczoru.






Z daleka (właściwie niedaleka) połyskuje bielą wieża cerkwi murowanej w Izbach. Zmierzamy tam zatem, mijając po drodze trzech chłopaków objuczonych plecakami oraz stadko krówek zmierzających na noc do zagrody (uczone krowy, idą grzecznie poboczem). Cerkiew greckokatolicka św. Łukasza w Izbach z 1888r, obecnie kościół, z zewnątrz jaj nie urywa swoją architekturą, jednak w środku jest całkiem ładnie.






Ostatni punkt programu na dziś, bo godzina nagli i jakieś dziwne chmury pojawiają się na horyzoncie – pobliska cerkiew greckokatolicka św. Paraskewi w Czyrnej ( k. rzymskokatolicki p.w. Niepokalanego Serca NPM) z lat 1893-94.






Czas poszukać noclegu. Mamy co prawda lichy namiot, ale patrząc na horyzont i widząc wzrastające kowadła i paskudne chmury burzowe postanawiamy nie ryzykować i poszukać kwatery. Nic bardziej błędnego. Ci, co to się tabliczkami przy drodze ogłaszają: nie ma możliwości noclegu, nikt nie otwiera drzwi, właściciele wyjechali na wakacje, albo w ogóle przez całą wieś nie ma ani jednej agroturystyki. Podczas szarży na jednym z zakrętów za Florynką Darek o mało nie rozjeżdża spacerującego po drodze bociana. I tak to w poszukiwaniu jakiegokolwiek spania zapędzamy się aż do Smerekowca za Uściem Gorlickim, pewni, że nasza znajoma Pani Danusia nas przyjmie a tu zonk! Brama i płot obwieszona złowieszczo balonikami a do domu prowadzą strzałki z napisami „Witamy miłych gości”… No że też kuźwa akurat tej soboty musiała żenić syna! Na szczęście kilka domów dalej jest Agro i są wolne pokoje (u rodowitej Łemkini), zatem zostajemy, tym bardziej, że zaraz zrobi się ciemno.
Przemiła gospodyni, pani Mela zgadza się nawet przygotować nam ognisko, żebyśmy mogli spożyć sobie przygotowaną wcześniej w folii i wiezioną 400 km kiełbaskę z cebulką. W towarzystwie wgapionych niezbyt inteligentnie krów, spędzamy miły wieczór na tyłach gospodarstwa w Smerekowcu a chmury biegną złowieszczo widnokręgiem, by zakryć wreszcie ostatnie okruchy światła. 
Na kiełbaskę oczywiście znaleźli się delikwenci, mianowicie bracia Azory, czyli dwa młode psiaki atakujące nas niezłomnie przy stoliku podczas kolacji. I tak, człowiek pojadł, piwko wypił i powieki same się skleiły. Padliśmy jak kawki martwym trupem…




O poranku, wyspani, wychodzimy na śniadanko do ogrodu. Gospodyni przynosi kawę i mleczko prosto od krowy (mniam). Jest niedziela, chłodna i bez słońca, ciężko wyczuć, jaka będzie pogoda. Planujemy odwiedzić cerkiew w Skwirtnem, jakoby miała być otwarta w niedziele, jednak odbijamy się od drzwi. Podobnie w Kwiatoniu, gdzie trwa nabożeństwo. Następnie obieramy cel na pobliską Kunkową, Bielankę i Leszczyny i zaliczamy ogromną wtopę. Jako że nie mamy koordynatów na większość świątyń, ani nawet mapy, bo nie sądziliśmy, że zapędzimy się aż tak daleko, udaje nam się odnaleźć jedynie cerkiew w Leszczynach. Schrzaniliśmy to okrążenie na maksa. Trudno, stoją tyle lat, postoją jeszcze trochę, a my znajdziemy je następnym razem.
Cerkiew greckokatolicka św. Łukasza Ewangelisty w Leszczynach  z 1835 r.







Robimy kółko przez Uście i zawijamy się powoli w kierunku domu. I znów okazuje się, że popełniamy błąd – wszędzie o tej godzinie są nabożeństwa. Albo cerkiew zamknięta, albo się modlą i nie wypada przeszkadzać. Ogarnia mnie lekki wkurz, ale cóż począć. Poniżej w skrócie odwiedzone pobieżnie miejsca.
Cerkiew pw. św. Dymitra w Czarnej z 1764 r., Obecnie kościół rzymskokatolicki. Chwilę po mszy, oczywiście od razu zamknięte. Dalej cmentarzyk przycerkiewny.







Cerkiew pw. św. Dymitra w Śnietnicy z 1755r. Ciężko z polem manewru, by wykonać zdjęcie.




Cerkiew parafialna greckokatolicka św. Michała Archanioła w Brunarach Wyżnych (obecnie kościół parafialny rzymskokatolicki NMP Wniebowziętej) z 1797 r. W 2013 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.





Cerkiew greckokatolicka św. Dymitra w Binczarowej (obecnie kościół parafialny rzymskokatolicki św. Stanisława Biskupa)  z 1760 r.




Cerkiew greckokatolicka św. Dymitra w Boguszy (obecnie kościół rektoralny rzymskokatolicki św. Antoniego) z 1858 r.






Na koniec mamy szczęście. Ostatnia na naszej planowanej trasie cerkiew w Królowej Górnej zostaje otwarta przed naszym nosem. Takie zadośćuczynienie? Cerkiew greckokatolicka Narodzenia Bogurodzicy z 1815 r. zachowała status cerkwi, bowiem obok postawiono jakieś typowe szkaradztwo, które służy za kościół. Ksiądz otwiera cerkiew i zostawia nas samopas, dzięki czemu można sobie podotykać np. pięknie zdobiony ewangeliarz i wejść do sacrum.






Aby wynagrodzić sobie niedosyt po dzisiejszym średnio udanym zwiedzaniu, postanawiamy nie kończyć jeszcze dnia i udajemy się do Nowego Sącza. Podczas ostatniego pobytu tutaj w marcu, w skansenie, z braku czasu i środka transportu nie udało nam się wejść do Miasteczka Galicyjskiego. A więc czas to nadrobić.
Miasteczko Galicyjskie to zespół urbanistyczny odwzorowujący typową zabudowę i atmosferę miasteczek przełomu XIX i XX wieku. Jest to rynek z rekonstrukcją ratusza ze Starego Sącza na środku oraz kilka pierzei z kilkunastoma domami, w których znajdują się m.in. karczma, atelier fotograficzne, apteka, straż pożarna, przedszkole, krawiec (kompletnie urządzona pracownia i dom żydowski), fryzjer czy poczta. Bilet wstępu do obiektów, w których sympatyczni przewodnicy odsłaniają przed nami tajniki zawodów oraz opowiadają o życiu ludzi w Galicji to jedynie 8 zł. I znowu dajemy ciała, bo omijamy nieświadomie całą jedną część skansenu m.in. z kościołem, stąd niekompletne zdjęcia. Warto się tu wybrać, bo architektura jest naprawdę piękna, atmosfera faktycznie galicyjska a ludzie bardzo mili.









Tak więc na Miasteczku Galicyjskim kończymy swój weekend. Jeszcze tylko malownicza droga nr 28 przez góry. W brzuchach burczy, bo to już słuszna pora obiadowa a tu nie ma gdzie się zatrzymać. Ani parkingu, ani zatoczki, o wiacie już nie wspomnę. Ostatecznie zawijamy w boczną uliczkę w Białce koło Makowa Podhalańskiego i pod płotem kempingu na ławeczce wyciągamy palnik, gary i odgrzewamy klopsiki w sosie pomidorowym. Stanowimy tym samym lokalną atrakcję dla kilku zdziwionych pań. Dalej już tylko droga przez Wadowice i niedługo później Bielsko-Biała.
A w oczach wciąż obrazki z Beskidu Niskiego… Do zobaczenia znów, mam nadzieję wkrótce…






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz