Wiosenny pęd do gór nieprzerwanie nakręca. W ciągu tygodnia jestem trzeci raz. Dzisiaj postanawiam nadrobić zaległości, a mianowicie dwie górki w okolicach Zwardonia, które jakoś zazwyczaj zostały omijane z różnych przyczyn. Mianowicie – Rachowiec – taki ni w pięć, ni w dziewięć wydawałoby się na wycieczkę, a jednak da się wkomponować oraz Oźna, przez szczyt. Wokół tej ostatniej krążyłam już niejednokrotnie, ale nigdy nie przeszłam jej wzdłuż, a więc – czas najwyższy…
Wczesny poranny pociąg do Zwardonia wiezie samych nieprzytomnych ludzi. Wyłączając mnie – jestem na chodzie chyba za nich wszystkich. Zapału nie studzi nawet zimno przenikające do wnętrza jednostki z każdym otwarciem drzwi. W głębokiej dolinie Soły oszronione trawy i ludzie zakutani w szaliki i czapki. Ja nie mam czapki ani też raczków – ma być tak, żeby nie były mi potrzebne. I tyle w temacie. Na polanach nieopodal ludzkich siedzib kolejne stada saren skubiących za pożywieniem. Już niedługo wyjdą wyżej, jak tylko słońce zagrzeje ziemię…
Wysiadam w Soli-Kiczorze. Zupełnie niepotrzebnie pytam konduktorkę, jak tu przejść na drugą stronę, tłumaczy mi jakieś „naokoło”, ale jak tylko pociąg się utylizuje, widzę, że nie będzie trzeba aż takich zabiegów. Szybkie hyc przez tory i już jestem na ścieżce „Kiczoranka”, którą chcę dojść na Rachowiec. Pierwsze trzy metry podejścia i wykonuję jakiś dziwaczny piruet, po którym niemal ląduję na zębach i zawieszam się na szczęście na kijkach. O kurde. Ziemia jest zmrożona na kość a spod kamieni wystaje regularna pokrywa lodowa. Całe szczęście długość i rozciągliwość moich kończyn dolnych pozwala na przedostanie się do „rowu”. Cóż, trzeba zluzować turbodoładowanie i myśleć, gdzie się stąpa, przynajmniej dopóki podłoże nie osiągnie konsystencji w miarę stabilnej. Idę przez zmrożone trawy, od ziemi bije chłód. Słońce nieśmiało gramoli się w górę. Na poboczu drogi stoi sobie taki tron…
Spotykam też Zbójnicką Ścieżkę Trzech Harnasi. Znaleziony nieopodal gnat dokładam w celach estetycznych :P
Tak więc wspinam się, wspinam ciemnym borem, zlodowaciałym błotem, przez Kozią Grapę, przez spłachetki śniegu zmieszanego z jakimś czarnoziemem, po tropach zwierząt i nasłuchuję ciszy… Gdy kończy się las, z wolna ukazuje się krajobraz, jaki generalnie będzie mi towarzyszył przez cały dzisiejszy dzień. A mianowicie rozlane po zboczach górskich polany zarośnięte niewysokim drzewostanem. Tak z grubsza. 9:15, Rachowiec. Szeroka hala koloru żadnego, jak to zaraz po zimie, z kolejną nieprzemyślaną wieżą widokową w widokowym miejscu. Na górze można sobie zrobić selfie z górami… A potem zlecieć na łeb, na szyję po karkołomnych schodkach. Ale żeby nie było, że się czepiam – fajnie, można schować się przed deszczem na spacerze. Do ogniska naleje, ale na głowę nie.
Łyk kawy, nie rozsiadam się. Na szczycie samotny pan w dżinsach modnych 30 lat temu. Nie spotkałam go już później, więc chyba Rachowiec był jego jedyną destynacją. Teraz czeka mnie coś, co lubię najbardziej. Mianowicie strome, śliskie śniegi na zejściu pod wyciągiem (idę borówkami)i jęzor lodowcowy na ścieżce poniżej (idę po drzewach). Obyło się bez ofiar…
Asfalt. Domy. Cóż, nie da się tego uniknąć, ale nadrobię czas stracony na lodowcu – Rachowcu. Ktoś nazwał ten fragment szlaku „Aleją Zakochanych”. Osobliwe, kto chodzi na zakochane spacerki między ludzkie chałpy?... Jest tu kilka ładnych, drewnianych chat i uroczy widok w dal. Znajduję parę rękawiczek. Nieźle; ostatnio czapka z H&M... A nie mógłby kto tak niechcący zgubić rulonika stówek albo Nikona Z?... Łagodne wzgórza po drugiej stronie Zwardonia zupełnie bezśnieżne, za to przede mną trójkątna Skalanka całkowicie zaśnieżona i błyszcząca jak psu jajca. Wątpliwie zachęcające… Ostatnie odcinki asfaltu zamieniam na słowacką część trawy po drugiej stronie granicy. Święte Drzewo przy drodze na Gomułkę i już tylko kilka minut do chatki na Skalance, gdzie planuję postój. Po drodze Schronisko na Skalance obstawione zapasem brykietu i trawers stromego spłachetka śniegu. Zaraz za nim znajome poręczówki i… uff…
Coffee time… A kiedyś było party time z banjo i fotosesja z prezydentem Komorowskim. Ale - co na chatce - zostaje na chatce... ;P Tak więc zasiadam, wykładam kopyta przed siebie i chłonę ciszę… Nie ma to jak środek tygodnia w takim miejscu. Korci mnie, żeby zadzwonić do jednej pracującej osoby i powkurzać, ale ostatecznie postanawiam ten jeden raz nie być wredna… Tuż na wprost mnie dolina Słanicy, ku której z obu stron opadają wyblakłe ramiona gór.
Sennie tu i sielsko… Nie ma i nie będzie dziś spektakularnych widoków, ale nie to się liczy. Najważniejsza jest ta cisza, absolutna pustka, bo choć mijam kolejne przysiółki, ludzie w nich zajęci są swoimi codziennymi sprawami i nie zwracają na mnie uwagi. Uwagę za to zwraca... Kawałek za chatką stoi ładny, stary dom drewniany a przy nim pies (też ma na mnie wyrąbane) i… to:
Początkowo mierzy mnie z daleka, ale jak tylko wyciągam aparat, natychmiast daje głos i następuje długa seria bardzo słodkich pieszczot. Stwór jest masny po zimie, prawdziwy górski kot, który wyprodukował sobie zwały tłuszczu i futra. Turlaniu i zabawom towarzyszy gadanie – moje i kota. Na to wszystko śmieje się starszy pan wychodzący z chaty. Mogłaby tu mieszkać, serio. Z tym starym psem, ogromnym kociskiem i miłym człowiekiem.
Beskid Graniczny. W sumie pół drogi, na oko. Przede mną Oźna i wcale nie wygląda zachęcająco z tej perspektywy… Takie niby nic, a jednak bydlę… Do tego bydlę pokryte na podejściu błotnistym gównem, które z każdym krokiem wzwyż zamienia się w lód. Pieprzę cię. Skok przez las i włażę na pas graniczny. Tu też nie ma lekko, bo po stromych trawkach i rozmiękłym śniegu, ale da się żyć.
| Opcja 1 |
| Opcja 2 |
Trochę się namordowałam, muszę przyznać, ale przynajmniej fizjonomia w całości. Zaskoczyła mnie nowa betonka poprowadzona tędy, ale uzmysławiam sobie, że dwa lata wstecz przechodziłam przez Słowację skrótem na przełęcz poniżej. Na przysiółku sielankowy obrazek – pan na wozie z olbrzymim, pięknym koniem pociągowym…
Światłocień dnia prowadzi mnie przez garb Oźnej. Nie spieszę się, bo szkoda byłoby tędy gnać. Szeroki, obły grzbiet jest prawie połogi, wylizane śniegiem trawy i pojedyncze drzewa wyrastające z ziemnych kopczyków. Za jednym z nich miga mi coś pomarańczowego. Żaden stwór o tej porze roku nie ma takiego umaszczenia, jak tylko lis, więc to musiał być lis albo mam pomarańczowe, uciekajace w las mroczki od słońca. Idę z wolna i rozmyślam, że trzeba tu wrócić jak się zazieleni, ukwieci i zamotyli, koniecznie…
Pod chatką obliczałam na oko, że powinnam być na szczycie około 12:30. Jest dokładnie 12:27 i zaczynam kulać się z wolna w dół, ku znajomej wiacie, w której planuję wreszcie dychnąć i odpalić kolejne ognisko. Na skrzyżowaniu dróg dwie kapliczki. W prawo do schroniska, w lewo – do wiatki. Dla ścisłości – przez cały masyw Oźnej nie prowadzą żadne szlaki, są drogowskazy do nowego schroniska i poniżej stacje drogi krzyżowej, toteż albo idzie się „na czuja”, przez przysiółki, albo z dobrą mapą :P Można też posiłkować się oryginalnymi punktami charakterystycznymi na szlaku…
Docieram na polanę, na której wywalono sobie przepiękną drewnianą willę z widokiem na… wszystko…
Wiata jest nieco poniżej i gdy ukazuje się mym oczom, nie ukrywam, jestem szczęśliwa… Żołądek potwierdza. 13:30. Idealny czas na obiad.
Rozpalam szybko i zakładam znalezioną kratkę grillową. Niech się kiełbaski same robią, ja dam odpocząć kopytom. Nad polaną szybują łowne ptaki (jeden nawet wlazł mi niechcący w kadr) i tylko tyle. I aż tyle. Cisza, bezludne góry i światłocień sennego marcowego popołudnia…
| W tle Muńcuł, kawałek Praszywki i jakiś łowny potwór |
Po godzinie ruszam dalej. Nie zamierzam się spieszyć, ani trochę. Mam dość czasu, aby zejść na jakikolwiek pociąg, nawet po zmroku. Kręte leśne dukty i szeroka przestrzeń oferująca widoki na najbliższy i nieco dalszy Beskid Żywiecki… Bezszelestna łania przemyka w górę Sobańskiego Wierchu… Na drzewach pierwsze, nieśmiałe bazie i leszczynowe złotawe glizdy, z których sfruwa pyłek. Po prawej szeregiem domków wije się Rycerka Górna… Wyżej w górach jeszcze sporo śniegu… Poszłabym na Praszywkę i dalej, dawno nie byłam, ale jak widzę ten śnieg u góry i wiem, z czym to się wiąże, to chyba mi się nie chce. Tak to jest, jak już człowiek zakosztował namiastkę wiosny, to nie chce się prowadzić więcej wojen podjazdowych i zjazdowych na rozmiękłym, zdradliwym białym g…
Pod Sobańskim przysiadam jeszcze pod bacówką. Wyrwane drzwi, w środku śmietnik… Naprawdę, taka szkoda… Ostatnie kontemplacje przedwieczornej ciszy i schodzę drogą w dół, ścinając zakręty przez łąki, do Soli.
Może bym poszła dalej, aż do Rycerki PKP, ale znienacka pojawiły się w głowie… zachcianki!!! Zawsze po dobrym dniu na szlaku pojawiają się zachcianki i zazwyczaj jest to coś dzikiego i nietypowego dla moich kulinarnych upodobań na co dzień. Tym razem zbyt wygórowanie nie są. Snickers i zimne piwo. Dlatego gnam w dolinę, bo tam jest sklep…
Mijam dwójkę nastolatków z rowerami. „Dzień dobry”. Jak miło… Poniżej jeszcze grupa dzieciaków. „Dzień dobry!” Jak ja to lubię… W każdej wsi tak jest, w mieście takie szczyle rozjeżdżają cię w parku i na chodniku rowerami, rolkami, hulajnogami… Pani w sklepie śmieje się na widok moich zakupów i wyznania, jak mi się chciało… Początkowo mam to zamiar spożyć na schodach albo na przystanku, ale jednak stwierdzam, że nie będę robić bydła i do stacji wytrzymam…
Sól, wieś jak wieś, trochę fajnych starych domów drewnianych ustawionych szczytem do krętej drogi, z jednej strony ściana lasu, z drugiej wzgórza… Samotna krowa pod drzewem na jednym z nich przywodzi na myśl tę zawieszoną krówkę z Bieszczadów… Ładna drewniana dzwonnica i budynek szkoły. Jest i znajomy "Sklepik z pamiątkami"...
Pod stacją siadam jak skończony menel na rozpieprzonym krawężniku, odpalam fajkę i wypijam lodowate tyskie zero, jakby to był najbardziej wyszukany drink. Panowie remontujący stację łypią na mnie dziwnie… Znienacka zaczyna kropić deszcz…
Idę na peron, myślę – schowam się pod jaki daszek. Płonne nadzieje!!! Stacja w Soli wygląda, jakby przeszło tsunami. Trwa oczywiście remont linii kolejowej i rejonu tej stacji, toteż wszędzie walają się hałdy betonu i spiętrzonej ziemi, desek i elementów całej okolicy. Skaczą po tym panowie z taśmami, w odblaskowych kamizelkach. Obrazu destrukcji dopełnia nieczynny odkąd sięgam pamięcią ośrodek wypoczynkowy z domkami oraz… No właśnie… Świeżo wyremontowany peron, który wygląda tak, jakby pod ziemią przetoczyły się te glizdowate stwory z filmu „Wstrząsy”. Ewenement peronu numer 1 w Soli polega na wypoziomowaniu go pod skosem a do położenia płyt niewątpliwie zamiast poziomicy użyto min przeciwpancernych. Co ciekawe, drugi peron jest ok., jak od linijki… Pociąg opóźniony na starcie o 10 minut wysuwa schodek pod peron i pani konduktorka musi przeskoczyć 40-centymetrową dziurę. Klękajcie narody…
Jadę. Zaklejam się snickersem. Obserwuję bobrze poczynania architektoniczne na Sole w okolicach Milówki. Dochodzę do wniosku, że w osobówkach też powinny być miejsca leżące. Śmierdzę dymem i człowiekiem po ośmiu godzinach w trasie. I jestem szczęśliwa. Dobry dzień, pełen spokoju, niespieszny i bezludny…










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz