poniedziałek, 2 marca 2026

Pierwsze wędzenie
2 marca, Pasmo Groniczków, Beskid Mały

 


Od tygodnia wiosna rządzi światem. Dłuższe są dni, słupek rtęci łaskawszy, niebo z rana awanturnicze a potem błękitne jak na Lazurowym Wybrzeżu. Czas wystawić nos do słońca, czas rozpocząć sezon ogniskowy…
Dobrze mieć góry pod nosem. Wyruszam z Międzybrodzia Bialskiego niebieskim łącznikiem na Nowy Świat. Uwielbiam to pasemko, nie muszę się  z niczego tłumaczyć. Pierwsze widoki tuż nad cmentarzem, marsowe niebo nad górami i białe kępki chmur wirujące w promieniach przesączanych przez chmury.


Jaworzyna



Ścieżka idzie w bok zakosami, przez urocze zagajniki brzozowe i wyprowadza na drogę przez przysiółek Nowy Świat. Spokój, sielanka, tu praca wre, tam dzieciaki na rowerach, pani z pieskiem… Pięknie sobie tu mieszkają na co dzień i od święta…




Na skrzyżowaniu szlaków dwie wiewiórki gonią się po drzewach, pohukując głośno. Idę spacerowym tempem, nigdzie nie zamierzam się dziś spieszyć. Trzeba oczyścić głowę i nabrać słoneczności w oczy… Ścieżka idzie prosto przyjemnym lasem, po obu stronach za drzewami pasma Hrobaczej i Czupla z drugiej strony, ja dokładnie pomiędzy. Światłocień, las i góry… Jest pięknie.


Od lewej - Czupel (najwyższy szczyt Beskidu Małego), Magurka Wilkowicka (z antenką), Sokołówka (na pierwszym planie)

Brzozy na tle Przełęczy U Panienki, po lewej zbocze Groniczków, po prawej Ch(H)robacza Łąka


Moja ulubiona polanka z widokiem. Kawa i tortilla. Harcują ptaki – rozdarte bogatki i wściekle żółte kulczyki. Zbłąkany motylek jak listek przewrócony wiatrem. Aż dziwne po tej zimowej ciszy – znów ruch w lesie, znów szczebiot… Z wyliniałych traw wydobywa się zapach sarnich bobków gęsto zaściełających polankę. Słońce grzeje w nos. Wiosna, panie!...


Na Nowym Świecie


Mogłabym tu siedzieć do nocy, grawitacja w tym miejscu jest obezwładniająca i spada morale. Ale nie taki dziś był plan. Ruszam dalej, przez szarobury las a dalej trawersem przez Łazy. Rośnie tu ponury, ciemny bór na stokach bez poszycia stromo opadających w dolinę Ponikwi. Stare buki, sosny o wiecznie zielonych wiechciach i fioletowe, czekoladowe pnie modrzewi. Pięknie, cicho, trochę groźnie… Rozchodzą się tu leśne dukty a ja zaczynam z wolna podejście na Gaiki. Nigdy nie zmierzyłam czasu tego podejścia, bo zazwyczaj jest zwielokrotniony łażeniem po całym lesie wzdłuż i w szerz za grzybami :P Przypominają się wszystkie miejscówki z jesieni. Im wyżej w górę, tym piękniej i zza drzew prześwituje błękit.
Gaiki. Pojedynczy rowerzysta. Płatek rozmiękłego śniegu. Minuta oddechu i ruszam ku Hrobaczej. Na samotnym pniaku czapka, którą pamiętam jeszcze z jesieni. Jeszcze tu bezbarwnie, chociaż świat robi wszystko, by przyspieszyć bieg rzeczy i zamienić tę pozimową burą szatę na wiosenną. Resztki bieli pod stopami i radosne krople słońca w ledwo odtajałych drzewach. Dwie osoby na szlaku. Dlatego chodzę w tygodniu. Właśnie dlatego…






Przełęcz U Panienki


A Przełęczą u Panienki skręcam w prawo, w trawers. Przyjemna ścieżka wiedzie świerkowym młodnikiem, wolę tędy niż kamienistym szlakiem na szczyt. Docierając do podnóży Hrobaczej Łąki mijam gęste brzozowe zagajniki, przez morza wyschniętych traw i borowin zdobywam polanę od dołu. „Chatka Baby Jagi” całkowicie zarośnięta, ledwo widać dach. Kiedyś zapytam kogoś w końcu o historię tego domku…


Żar ze polan podszczytowych Chrobaczej



Przy wiacie ogniskowej dwie panie. Czy mogę się przysiąść? Jasne! Fajnie, jest żar, odwaliły robotę  ogniskiem za mnie. No więc wędzimy się! Spokój jest oszałamiający… Ponoć przez weekend były tu tabuny ludzi. A dziś jest cisza, spokojne ciepło opasające góry, bezchmurne popołudnie z widokiem na kaskadę Soły i garby na horyzoncie… Mogłabym tu siedzieć aż po noc… I też by było.






Panie schodzą na Kozy, do domu i zostaję sama… No, nie całkiem. Po pniach poskręcanych buczysk skaczą pełzacze. Zanim zdołałam dokopać się do teleobiektywu, już ich nie było. Trudno, następnym razem się na nie specjalnie zaczaję, daleko nie mam. Wpatruję się w dal, chłonę senną słoneczność i odpływam w bezmyśleniu… Ale pora się ocknąć ostatecznie i podjąć decyzję o trasie zejścia.
Schronisko puste, czynne jedynie w weekendy. Nic dziwnego, skoro żywego ducha ludzkiego tu nie ma. 




Zawijam koło krzyża i wracam na „Panienkę”, tym razem szlakiem a potem żółtym do Kóz. Uzmysławiam sobie, że szłam nim tylko raz, z Lidką i Anką, dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… Wtedy ze ścieżki widać było górną część kamieniołomu, dziś już wszystko zarosło na amen. Na zejście całkiem ok. ten szlak. Początkowo czymś w rodzaju kanionu ziemnego, potem drogą, obok fantastycznych „lodowych” stawków wyglądających trochę jak bobrowiska. Nad głową jakieś okrzyki i charakterystyczne postukiwanie. Na uschniętej gałązce siedzi sobie dzięciołek i niemrawo w nią wali. Gałązka trzęsie się a dzięcioł na nią pyskuje. Znowu werblowanie, stołówka się chyboce a spożywający przezywa. I tak w kółko. Ptaki są zajebiste :D 







Schodzę do wiat pod tytułem „Camp Kozy”. Nie chcę wiedzieć, co się tu dzieje w pogodny weekend… Rzucam ekwipunek i upycham do plecaka – kije i nawet nie takie brudne ochraniacze. Cóż, po tej stronie gór już po zimie, nie to co kilka dni wstecz na stokach Magury pod Bielskiem. Teraz jeszcze długa prosta asfaltowa na dobicie podeszew… Autobus spitolił mi 12 minut temu… Trudno… W morelowym świetle późnego popołudnia staczam się przez Górną Wieś do ruchliwej drogi i zastanawiam się, czy pan kierowca czuje jak walę dymem z ogniska. I dobrze. Bo od teraz już często tak będzie…




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz