Każdy, kto mnie zna, wie, że lato to dla mnie generalnie czas udręki. Tego roku ze względu na dolegliwości zdrowotne dało popalić jak nigdy. A jednak mimo to byłam aktywna, choć krótkodystansowo. Mimo wszystko kondycja spadła drastycznie i kiedy przyszło ku lepszemu oraz przede wszystkim kiedy słupek rtęci w końcu pokazał temperatury do życia i normalnego funkcjonowania, Pani Jesień – czyli ja – ruszyła. Nie tylko życiowo, ale przede wszystkim tam, gdzie czuję się najlepiej i najbardziej na miejscu. Dodatkowo – na jeden z moich ulubionych szlaków…