Każdy, kto mnie zna, wie, że lato to dla mnie generalnie czas udręki. Tego roku ze względu na dolegliwości zdrowotne dało popalić jak nigdy. A jednak mimo to byłam aktywna, choć krótkodystansowo. Mimo wszystko kondycja spadła drastycznie i kiedy przyszło ku lepszemu oraz przede wszystkim kiedy słupek rtęci w końcu pokazał temperatury do życia i normalnego funkcjonowania, Pani Jesień – czyli ja – ruszyła. Nie tylko życiowo, ale przede wszystkim tam, gdzie czuję się najlepiej i najbardziej na miejscu. Dodatkowo – na jeden z moich ulubionych szlaków…
O Pasemku Pewelskim już pisałam na tym blogu. Zna je każdy, kto bywa na Żywiecczyźnie. Ta ciężka do zakwalifikowania obszarowo wysepka pomiędzy Beskidem Małym a Żywieckim dla długodystansowców bywa kawałkiem „pomiędzy” dalekimi punktami A i B, dla spacerowiczów – miejscem wybitnych widoków, dla nielicznych mieszkańców – no cóż, nie bez powodu powstały nowe domostwa… Dziś zaliczać się będę do tych drugich – świadomie. Idę sobie pospacerować, poleżeć na słońcu, może pofocić, a jeśli dopisze grzyb – pewnie wrócę objuczona jak wół. A przede wszystkim idę z zamiarem przejścia całego pasemka, nie jak do tej pory od Gachowizny do Madejów w drodze z dołu w dół.
No to start. 7:45 lądowanie busa w Mutnem. Szaro, buro, wietrznie. Cały busik pojechał do Sopotni, naszła mnie podła myśl – jedźcie się kotłować na Romance, ja idę tam, gdzie przy odrobinie szczęścia może spotkam kogoś z miejscowych… Przechodzę koło Janikowej Skały, ale nie będę jej dziś eksplorować, zatem odeślę do filmiku kolegi, który zrobił to rzetelnie i profesjonalnie. Szanowni Państwo, Piotr Dziki we własnej osobie...
Asfalt w górę. No cóż, trzeba przeżyć. Najpierw staje dęba, potem wypłaszcza się i pnie ku przysiółkom przycupniętym na stokach Janikowej Grapy. Mijam Galerię Przedmiotów z Duszą, coś mi mówi, że trzeba będzie zajrzeć tu na dłużej. Mijane koniki tradycyjnie pokazują mi tył ogona…
Tu asfalt się kończy i tyram dalej pod Janikową Grapę. Heh, samo określenie „grapa” w pełni oddaje istotę samego podejścia przez pierwszą godzinę, ale idzie się dobrze, wygodną ścieżką przez ładny las. Moje poczynania obserwuje czarna wiewiórka, szybsza niestety niż mój aparat. 45 minut od przystanku wyłażę na szczyt i uderza we mnie chłód. Zakładam kurtkę i przysiadam na dwa łyki kawy i mikrośniadanie, albowiem miejsce ku temu przednie… Teren prywatny, ale można biwakować pod warunkiem zostawienia po sobie porządku. Przychodzi myśl: koniec lata, trzeba zmienić odzież. W leśnej ramce obrazek światłocieni prześlizgujących się po górskich grzbietach i marsowe niebo nad wszystkim.
Ktoś postawił dwa wigwamy w lesie – w sumie niezły pomysł na nocleg, bo wieje, zastanawiam się jedynie, czy delikwentów nie zeżarły mrówki, bo sporo wokół kopczyków w iglastej ściółce… Szkieletów nie stwierdzona, ruszam zatem dalej.
Łagodne podejście przez szumiący las. Drzewa ocierają się o siebie i skrzypią jak stara szafa. Jest i czarownica (ja) a w zastępstwie Lwa – Gałgan, więc pasuje. Jaki reżyser – taka Narnia… :P Od tej pory szlak będzie sobie tak falował; lekko w górę, lekko w dół i tego mi dzisiaj potrzeba – popłynąć sobie tymi pagórami, które nie powalają wysokością, ale nadrabiają z nawiązką walorami widokowymi i sielskim spokojem. (Pierwszy spotkany człowiek: rowerzysta).
Daje się to odczuć wybitnie w jednym z moich ulubionych miejsc na Czeretnikach: Madejowym Groniu. Tu wrzesień w pełni – dojrzałe jabłka w małym przydomowym sadzie (zabieram kilka znalezionych pod stopami), pierwsze złote liście w koronach drzew, spłowiałe trawy rozkołysane wiatrem i soczyste jeżyny, którymi od tej pory będę się żywić właściwie przez cały dzień. Tutaj też otwiera się widok na wschodnią część Beskidu Małego z Gibasami (macham łapką, Staszku!) i Ścieszków Groniem. A kilka kroków dalej – na olbrzymią połać Beskidu Żywieckiego… I tu postanawiam przysiąść na popas. Co mnie goni?... Bo na pewno nie wiatr, który pędzi malownicze obłoki ponad całym krajobrazem i bawi się w chowanego ze słońcem…
| W stronę Gibasowego Gronia |
| W stronę Pilska i Romanki |
Idzie, idzie wielkimi krokami moja jesień… A z nią spokój i wytchnienie, jak co roku zresztą. Spłowiała zieleń późnego lata powoli nakrapia się złotem. Pierwsze jak zwykle brzózki… Pomiędzy łąkami opadającymi ku dolinom, pomiędzy kępami lasu, który zazwyczaj stanowi istny grzybowy poligon wije się malowniczo biała droga pod buntowniczym, zmiennym niebem… Idzie się wybitnie dobrze, bez pośpiechu, bo donikąd mi się naprawdę dziś nie spieszy…
Po drodze mijam lokalne kolorowe jeziorka i charakterystyczną kapliczkę…
A dalej już Czeretnik (766), na większości map jako Bąków (Baków). Oficjalna nazwa „Bąków” pojawiła się w wyniku pomyłki na austriackich mapach katastralnych z XIX wieku, które pomyliły nazwę szczytu z nazwiskiem lub przysiółkiem, jednak miejscowa ludność historycznie używała nazwy Czeretnik, używał jej też Mr. Komoniecki, więc tego się trzymajmy i nie bez powodu kupka 15 niewybitnych szczycików, czyli całe Pasmo Pewelskie jest nazywane właśnie Czeretnikami. Leżący poniżej na przysiółku Olszówka domek prezentuje się stąd bardzo malowniczo.
I tu trochę zmian. Inaczej pamiętałam to miejsce i okazuje się, że słusznie. Przez płaski szczycik Ubocz dotychczasową drogę wyasfaltowano i tym sposobem połączono dla ruchu Ślemień z Pewlą. Dotychczas górny fragment stanowiła szutrówka nie dla każdego podwozia. Wyrosły też nowe domy poniżej (ponoć warszawskie, a miejscowym nie chcieli działek sprzedać - info lokalne). Mam tylko nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy stawiać tu jakiegoś okropnego biznesu pod tytułem „karczma”, „figlopark” czy tym podobnej masakry. Nie posiadam zdjęć rzeczonego asfaltu, ponieważ obżerałam się jeżynami, pilnując, by mnie co nie rozjechało.
A dalej już łagodne podejście na Gachowiznę. Spotykam pana z młodym chłopakiem i pustym koszykiem na grzyby. Dość długo rozmawiamy sympatycznie i okazuje się, że Grzegorz mieszka w moich rodzinnych stronach! Idziemy razem kawałek, po czym oni w ostatniej nadziei na borowika skręcają w las ku Hucisku, a ja – na szlak rowerowy do Koconia. Pod szczytem spotykam kilku rowerzystów i przysiadam na moment, rozważając przyjęcie do organizmu pędzonego od rana na jabłkach, jeżynach i żółtym serze konkretu pod postacią kiełbaski z ogniska, ale wiatr i cień decydują, by poszukać innego, przyjaźniejszego miejsca. Znajduję je nieco niżej, na skraju polanki, z iście piknikową kuchnią polową. Decyzja zapadła. Ostrożnie rozpalam, żeby nie zjarać przy okazji połowy łąki, wszystko wokół jest tak suche, że większym wyzwaniem jest znalezienie kawałka „mokrego” patyka na kiełbasę. Ale kto, jak nie ja… :)
| Spod Gachowizny |
Napełniwszy wygłodniałe trzewia, wypiwszy resztki kawy i zalawszy fusami rozgarnięty żar, ruszam na finałowy odcinek, przez tzw. Kocońskie Gronia. Wyrasta przede mną przysiółek nowych, zadbanych domków i trzeba przyznać, że malowniczo się posadowili…
A dalej pojawiają się na drzewach żółte znaczki, których na mapy.cz nie posiadam. Konsternacja, może to jakiś szlak kapliczkowy, bowiem co kawałek na drzewach jakieś ukwiecone domki na drzewach, w tym jedna Maryjka Bagienna chyba…. (Okazuje się, że to szlak spacerowy od Ślemienia, przez niektóre z wierzchołków Czeretników aż po przełęcz Anulę w Beskidzie Małym.)
W każdym razie idzie się łatwo, przez szczycik Kocońki i chyba przez ciepło popołudnia oraz przyjęte do organizmu tłuste białko mam zwidy – albo faktycznie uciekł przede mną cietrzew, bo jakież inne latające czarne bydlę ma krwiście czerwony łeb?... Nie pochwalę się zdjęciem, było niewykonalne w zaskoczeniu chwilą.
Każdy krok coraz bardziej przybliża ku asfaltowi sprowadzającemu do Koconia. Widoki przednie. Cisza wiejska… Bus do Żywca za 40 minut. Nie chce mi się ani zwalać asfaltem w dół do Ślemienia, ani łapać stopa. Chce mi się przysiąść tu na malowniczym przystanku i se posiedzieć. I tak zwieje mi pociąg z Żywca, po co zatem tak gnać…? (Coś nowego, ostatnio wszędzie gnam na złamanie karku…) Kierowca busa na dzień dobry: „Ale się pani na mnie wyczekała!” (widział mnie wcześniej). Nie czekałam, po prostu odpoczywałam po dobrym, spokojnym przejściu. Wracamy w rytm skocznych discopolowych przebojów i życzymy sobie miłego dnia, wieczoru, weekendu, wszystkiego. 15 minut czekania i łapię bus do Bielska. Chwała temu, kto uruchomił instytucję Komunikacji Powiatu Żywieckiego. Dzięki temu nie tylko wstrzelili się w luki pomiędzy pociągami, ale można w weekendy dotrzeć do różnych górskich zakątków i wrócić po trasie bez obaw, czy ktoś zechce wziąć na stopa, czy trzeba będzie dylać kolejne dwie godziny asfaltem. Tak więc tym optymistycznym akcentem kończę relację i mam nadzieję stworzyć tej jesieni wiele kolejnych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz