czwartek, 24 sierpnia 2006

Trochę pechowe Rohacze
24 - 26 sierpnia

 
  Czy ja mogę coś dodać? Siedzę sama, samiuteńka pośrodku Tatr zachodzących wieczorną mgłą... Kiedy było tak ostatnio? Na Kondratowej?... Ci, którzy zeszli, poszli swoją drogą, bądź są teraz stłoczeni w jadalni chaty a ja siedzę sobie przed schroniskiem i patrzę sama i w ciszy, jak kończy się wielkie tatrzańskie lato usłane pastelowymi chmurami, a zaczyna pomału moja własna ukochana jesień z dłońmi w rękawach swetra i myślami na wyłączność...

  24 sierpnia, czwartek  Chata Zverovka

  Zaczęło się o 3:45 nad ranem, kiedy zadzwonił budzik. Pociąg do Zakopanego jechał i jechał, jakby nigdy miał nie dojechać. Tego poranka dopiero litr kawy dał jakiegokolwiek kopa. Przekraczam granicę w Chochołowie, gdzie piękny i słoneczny świat orawski tętni kolorami i już czają się na mnie jak zwykle niespodzianki i zmiany planów. Jakaś wesoła ekipa odradza mi pójście "pre hore, daleko, wysoko, lepiej za cestom, taaak!" I oto idę wśród pól i łąk, gdzie zawieszone pod wiatr polują nieruchome ptaki drapieżne, wśród pól i łąk, z których patrzą znów durnie krowy, wśród sielankowej pustki, melancholijnego piękna nieznanego zakątka... Wprawdzie zaczynam podejrzewać, że prędzej czy później i tak się najzwyczajniej w świecie zgubię, ale co tam. W razie czego śpiwór w plecaku...
  Doganiają mnie trzej chłopcy na rowerach - idą na grzyby. Jeden zagaduje, idzie ze mną szlakiem. Ma na imię Rafal i mówi tym językiem z pogranicza, mieszaniną polskiego i słowackiego. Pokazuje i tłumaczy mi drogę, którędy przejść do Oravic. "Chce ci się iść? W Rohacze?!! Dojdziesz jutro!"
  A jednak, zgodnie ze wskazówkami, wstępuję za doliną Jelesni "pre hore", w prawo i idę bezszlakowo pięknym lasem w górę na grzbiet Gabarovej naznaczony urokliwymi polanami. Droga wznosi się nieznacznie, idzie się przyjemnie a w żołądku trąbią pierwsze oznaki głodu. Dobrze przynajmniej, że opuściła mnie melodyjka "Kiedy ranne wstają zorze", która przypałętała się o świcie gdzieś w Kalwarii...
  Kiedy wewnętrzny nawigator przeczuciowy podpowiedział - teraz powinno być w lewo i w dół, wychodzę na płaśń Gabarovej. Spoza wysokiej łąki, złotej od traw i zielonej od liści kwiatów, rozpostartej pomiędzy dwoma wierzchołkami, mrugają granatowe Tatry. Dzień ma uśmiech słońca, pachnie lasem i potem. Jest i droga w dół. Minęła już 13-ta i trudno uwierzyć, że ten dzień zasnuty mgłami Podbeskidzia trwa już tak długo... Schodzę w dół ku drodze na Oravice i myślę - dobrze, że tak się stało, że poszłam tą nieznaną ścieżką na przełaj, bo tak spokojnie i cicho już dawno wokół mnie nie było... Niech tak będzie przedsmak tej jesieni...
  Droga. Asfalt wyciska ze mnie resztki sił i rani podeszwy stóp. Zakręt za zakrętem, przysięgam, że jak zaraz czegoś więcej nie zobaczę, to usiądę w krzakach przy ulicy i zeżrę chinola na sucho. I oto nagle wyłaniają się Oravice i zajazd z pyszną kapustovą polievką z hribami. Oczywiście długie nitki kapusty mam w uszach, oczach i na czole, ale za to herbata z lemonovym dżusem smakuje osobliwie, cudnie i kojąco. Doładowane baterie.
  Stoję na przystanku z jakimś okrutnie zezowatym Czechem, który czeka na kamrata, co by go zawiózł na "skupinę priatelov" i tłumaczy coś zażarcie o swym telefonie. Kiwam głową i udaję, że rozumiem, ale na szczęście rozumiem to, co potrzebne, mianowicie, że autobus stojący przed moim czcigodnym nosem jedzie do Zverovki i oszczędzi mi kilka godzin marszu upiornym asfaltem.
  Wysiadam pod chatą i kłaniają mi się góry. Góry dookoła... Słoneczne, wyraźne i piękne. Majestatyczna grań Rohaczy od Brestovej po Banówkę a po nich ślizga się światłocień popołudnia. Tuż ponad granicą lasu naszpikowanego siwymi tykami umarłych smreków - wybujała grań między Wołowcem a Rakoniem. Światło sierpniowego popołudnia maluje rohacką grań głębokim granatem, szarością i pastelowym złotem. Łąka wygładzona ciepłą dłonią lata szepce nostalgicznie tajemnicze zaklęcia o wymarzonym spokoju...
 
Chata Zverovka
  Nie napracowałam się dziś w górach, ale nie o to chodziło. Dziś miałam tu dotrzeć i poczuć w nozdrzach daleki wiatr znad Orawy nalanej słońcem i kontrastami po brzegi. Dziś miałam kroczyć dzikimi drogami, sprawnie i szybko, krawędziami odpoczynku, ku potarganym wierchom i strzelistym, fioletowym stożkom na horyzoncie. Dziś miał się w półprzytomności poranka rodzić dzień - jak gdyby nie jeden i ten sam od świtu gdzieś na Podbeskidziu, do zmierzchu na samym krańcu Tatr... A może początku?...
  Dziś miałam dotrzeć tu i zapatrzeć się w więdnący, ciepły dzień, jeden z tych ostatnich letnich dni górskich, zanim poczernieje sit na upłazach i oszroni się kosówka... Zanim dojrzeją jarzębiny i skuje je pierwszy przymrozek.
  Poranna głupawka ustępuje miejsca wytchnieniu. Znów udaje się codzienności pozostać daleko w tyle; jest gdzieś poza mną, jak w nie moim życiu. Liczy się tylko ta chata, życzliwe przyjęcie, pokój tylko dla mnie (200SK), na poddaszu, z widokiem na góry. Jest gorący prysznic bez kolejki na schodach. Nikt nie zagaduje - właśnie wtedy, kiedy potrzebuję spokoju. Nie irytują nawet śmiechy i krzyki dzieciaków za ścianą. Jest pieczenie powiek i ciche spoglądanie w potargany horyzont zmieniający barwy na nocne. Ostatni ludzie. Ostatni autobus. Ostatni krakers do poduszki...

  25 sierpnia, piątek  Rohackie Stawy

  Poranek wita mnie głosami Słowaków za ścianą. Są zresztą wszędzie, jestem chyba jedyną Polką w tej instytucji i jako jedyna - samotnie. Leżę pół godziny w cieplutkim wyrku i przypominam sobie nocne sny... Za oknem rozsłonecznione wierchy i świeże, jeszcze letnie powietrze. Jeszcze tylko śniadanie złożone z rozgniecionego chleba, konserwy i pikli, kawa w restauracji i ruszam ku Dolinie Rohackiej.
  
Widok z okna o poranku
  Po pół godzinie (znów asfalt, tfu) zastanawiam się, jak daleko dziś dojdę. Ciężkie nogi, nadwerężony mięsień i coraz gęstsze chmury nad głową. Znowu pędzę jak osioł i pewnie znowu padnę przed czasem. Przy Rohackim Bufecie activ, czekolada, kije w dłoń i w drogę.
  Szlak prowadzi jasną ścieżką w kosówki. W dole migoce stawek, wszędzie szmaragdowo - jadeitowa zieleń borowin i traw. Zupełnie, jakbym szła na Świstówkę, myślę (z Grażyną "po choinkę"). Rozstaj dróg - w prawo ku Rohackim Stawom, w lewo - ku Smutnej Przełęczy, co wybieram najpierw. Przy pogodzie, która nadciąga nieuchronnie, lepiej nie ryzykować wejścia na Rohacze w pojedynkę.
  Idę w górę a dookoła oszałamiające kiście goryczek. Smutna Dolina powinna nazywać się Goryczkowa. Może to wyjątkowa przejrzystość powietrza, może nieskazitelność przyrody a może moje jasne postrzeganie, ale są tak wyjątkowo piękne, fioletowe i błękitne, tak żywokolorowe, jak żaden chyba kwiat tatrzański tego lata...
  
Dolina Smutna
  Chłodno i głodno. A do tego zaczyna kropić deszcz, uderzają podmuchy porywistego północnego wiatru. Ścieżka wiedzie w górę wygodnie i niezbyt pionowo, a pomimo to w nogach wzbiera zmęczenie. (Nie, to wszystko rodzi się w głowie...) Co jest tego przyczyną - nie wiem. Przesilenie - zastanawiam się - ostatnie maratony co kilka dni? Widzę już przełęcz, mogę tam być za 15 minut.
  Uwagę odwraca świstak. Siedzi sobie bezczelnie na środku drogi, pod wielkim kamieniem i nie pozwala mi przejść. Celuję w niego aparatem, ale i on za mały i mój zoom za mały... Przemyka przez szlak i biegnie w górę rumowiska, po czym najspokojniej w świecie zaczyna wcinać jakieś trawki. Gdzieś wyżej pasie się drugi. Zwracam na nie uwagę parze turystów słowackich - fotografują je zapalczywie, chwilę rozmawiamy, gdy nagle z kamieniska wytacza się olbrzymie cielsko i stacza się w dół trawkami. Tak wielgachnego i upasionego świstaka jeszcze nie widziałam! Myślę - suseł - ale te małe biegną do niego a on toczy się jak kolubryna przez upłazek.
  Zimny wiatr wali pięścią w nos. A ja - zbiegam z powrotem w dolinę. Po drodze spotykam parkowca z TANAP-u. Już otwieram gębę, by spytać, czy "szuka" świstaków, ale opamiętuję się w porę.
  "Dobrý den, svišťov pan hľada?"
  "Ne, ne, kamzik! Kozice. Tam." - I pokazuje wysokie piargi pod zerwami Rohaczy. I oto są - biegnie stado, grzechoczą kamienie wytrącane spod kopyt. Kilkanaście sztuk, chyba z młodymi i choć nie mam lornetki, widzę, co wyprawiają - przeskakują w górę i w dół pionowych ścian jak w matrixie - niebywałe... Szeptem mówię - do widzenia - jakby te kozy zawieszone pod skalnym niebem miał spłoszyć normalny ton głosu. Parkowiec uśmiecha się, skinąwszy głową, przykłada lornetkę do oczu. Pewnie będzie tak szedł za stadem, dopóki nie straci go z zasięgu wzroku. Wspaniała praca...
  Odbijam ku Rohackim Stawom. Chociaż te muszę dziś zobaczyć. Przy pierwszym przychodzi do głowy myśl - urocze, ale to nie to, co Spiskie przy Terince... Fotografuję oszałamiające goryczki i pruję w górę, mozolnie ku kolejnym stawkom. Dwa pośrednie leżą na morence tuż pod skalną zerwą. Ładnie tu. Przysiadam na moment i żałuję, że nie gra tu słońce, że nie ma błękitnego odblasku na tafli, że majestat gór w tle nie robi wrażenia bez jasności, jest tylko wiatr i wisząca nad głową ponura kopuła nieba. Wszystko szarobure. Do tego jakiś bachor z kępą wyrwanych z korzeniami borowin. Krew się ścina ze złości. Idę dalej, ku ostatniemu ze stawów, gdzie wydzierają się Angole i łażą poza szlakami. Nie ma ciszy, spokoju, poszanowania przyrody i gór. A jest tu tak pięknie... Mrocznie i tajemniczo. Za taflą stawu przykryty czapą chmur Wołowiec. Za plecami ponure garby Pacholi i Banówki a tuż za nimi - jak nałożony obcy kadr - roześmiane i pełne słońca polskie Tatry ze znajomym niezdobytym Starorobociańskim, jasnorudym i lnianopłowym spadochronem traw. A ja tu, w tej szarej, zachmurzonej krainie udaję (?), że uciekam...
  
Rohackie Stawy


Wodospad Rohacki
Przełęcz Zábrať i ramię Rakonia
Osobita i Dolina Rohacka
  W dół prowadzi stroma ścieżka ku Spalonej Dolinie. Podnoszę oczy ku Banówce, gdzie przez pofałdowaną morenę biegnie ostry szlak i żałuję, że nie mam sił ani pogody, by pójść i tam. Ale trudno, przyjechałam tu odpocząć a tym razem miarą odpoczynku nie było pójście w deszczu w góry.
  Schodzę z powrotem na asfalt (blee) Doliny Rohackiej i leniwie idę w dół. Organizm wrzeszczy - kawy!!! W milutkim zajeździe zamawiam bryndzové halušky i wędzone żeberka, a raczej pół krowy, z którą zaczynam obchodzić się kulturalnie, czyli nożem i widelcem, ale szybko chwytam w łapę jak zbój. Smakuje wspaniale, ale umieram ze śmiechu na samą myśl o sobie, upaćkanej od tłuszczu po nozdrza i mokrej od deszczu po łokcie. Fantastyczne uczucie... Chyba w życiu tyle naraz nie zjadłam.
  W Zverovce zimna woda. Robię święto lasu. I tak nikt nie zwraca na mnie uwagi, nawet świstaki na szlaku. Góry znikają z powierzchni ziemi. Wyjście na piętro graniczy z wyjściem na Krywań. Naciągnięty mięsień i obolałe kolano klaruje plan powrotu do Polski.

  O poranku plecak spakowany, czekam na autobus. Z lasu wychodzą grzybiarze z koszami wypełnionymi dorodnymi prawdziwkami. Zaczynam żałować podjętej decyzji, ale cóż, już za późno. Powrót do domu równie posępny jak pogoda za oknem pociągu. Do zobaczenia znów...
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz