sobota, 22 września 2012

Bo jedno jest takie niebo...
17 - 22 września

Bieszczady



"Przecież dobrze wiesz, 
że na końcu drogi 
wciąż wierne jak pies, 
czekają wrześniowe Bieszczady."

Od początku nie układało się nam z tymi Biesami. A plan był od Żywieckiego w zeszłym roku. Przynajmniej z Kaperkiem tak to uzgadniałem. Potem było już tylko gorzej, ludzie odpuszczali, kierowca zrezygnował. Na szczęście w ostatniej chwili zaprosiliśmy do "tańca" Memezia i Piotra. I nagle zaczęło "trybić"... Stało się - jedziemy.

17 września 2012 - W stronę Bieszczadu

Startujemy z Wadowic o 7:30. Kilometry lecą. Chłopaki muszą niestety znosić moją uciążliwą prośbę o siku. Pierwszy popas wypada w Zarytem...
 
 
 
 
 
... kolejny udokumentowany (jakżeby inaczej) w "Barze pod Cyckiem" na przeł. Gruszowiec...
 
 
 
 
Potem było jeszcze kilka postojów niewartych wspomnienia i w końcu wjeżdżamy w magiczną (dla mnie) krainę...

...Komańcza...
 
 
 
 
...Majdan...
 
 
 
 
...Cisna...
 
 
 
... i wreszcie jest - pierwszy widok na Carynę z Wyżniej Przełęczy.
 
 
 
 
Dobijamy do naszego Sheratona w Ustrzykach Górnych...
 
 
 
 
... Memezio integruje się z Żubrem ...
 
 
 
 
... a następnie podlewa własnym piwkiem kiełbaski na grillu, co by lepiej smakowały.
 
 
 
 
I tym optymistycznym akcentem kończymy dzień pierwszy zwany dojazdowym.
 

18 września 2012 - Perełka w koronie

Poranek po, nie ukrywam, pijackim wieczorze jest rzeźki, pogoda wymarzona, temperatura oscyluje w granicach 15 stopni. Spało się dobrze, w końcu śpimy niemalże na świeżym powietrzu.

Krótka jazda busem na Widełki i ruszamy niebieskim szlakiem na Bukowe Berdo. Początkowo monotonne podejście lasem. Piotr coś tam nieśmiało zaczyna marudzić, lecz szybko zostaje postawiony do pionu przez resztę ekipy. Łudzimy się, że już więcej nie będzie, jednak kolejne dni pokazały, iż było to tylko preludium. Co gorsza marudny nastrój zaczął udzielać się wszystkim po kolei, tak więc cały wypad najczęściej wypowiadanym zdaniem było - "Przestań marudzić".

Jakoś nie mogę się doczekać wyjścia z lasu, teraz już wiem dlaczego. Gdy w końcu staję na grzbiecie Bukowego Berda o mało nie wypala mi ślipiów. Bukowe Berdo, Krzemień, Tarnica, Szeroki Wierch, Caryca, Wetlińska. Żyć nie umierać.
 
 
 
 
Po drodze mamy małą głupawkę i wspólnie z Piotrem inscenizujemy najsłynniejszą scenę z Titanica, niestety w wersji dla ubogich. Na dodatek nie wiedzieć czemu to ja muszę robić za Kate Winslet. Choć w sumie to chyba większy obciach udawać Leonardo Di Caprio.
 
 
foto by memezio.
 
Po drodze mijamy w sumie tylko jedną osobę. Podążającego w tym samym kierunku "Słowaka", który na Przełęczy Goprowskiej okaże się być "from Holand".

Krótkie zejście z Bukowego Berda, podejście pod Krzemień i znów zejście na Goprowską. Tu krótki odpoczynek, jakieś szamanko (w sumie nie jakieś, przecież to były kabanosy Piotra) i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia...
 

 
 
Ruszamy pod Tarnicę. Pamiętam ten odcinek z pobytu tutaj trzy lata temu, więc wiem, że będę zdychał. 15 minut męczarni, robię totalne tyły, a Piotr...

No cóż. Nie wiem co dostał od tego Holendra, ale musiało być to zajebiście dobre, bo zapieprza pod górę jak mały samochodzik. Na Tarnicy jest dobre 10 minut przed nami.
 

 
 
Zapomniałbym. Na Tarnicy spotykamy się z Adamem i jego tatą, którzy mieszkają z nami w Ustrzykach "po sąsiedzku", a Piotr znów zaczyna marudzić.

Pozostaje wrócić do naszego Sheratona. Ostatni rzut matrycy na Tarnicę...
 

 
 
... i zaczynamy monotonne zejście lasem. Przy sklepie w Ustrzykach krótki postój, zakupy, w Sheratonie obiado-kolacja i nynu.
 

19 września 2012 - Wydymani przez Carycę

 
 
Szybkie pakowanko, bus na Berehy, bilety wstępu do Parku (pieprzony haracz) i zaczynamy. Zaczynamy od miejsca gdzie stała kiedyś cerkiew w Berehach Górnych.
 
 
 
 
 
Znów spotykamy Adama i jego tatę. Tato, jak to tato stwierdza - "Młody, trza spierdalać". Jednak po kilkunastu minutowym oczekiwaniu zostajemy na Carycy sami.
 

 
 
Warunki jakie są, takie są na Carycy...
 
 
Więc i nam pozostaje spadać do Ustrzyk...

Wieczorem zaczyna padać deszcz.


20 września 2012 - Porażka

Od rana leje. Właściwie, to od wieczora. Temperatura spadła z jakiś 15 stopni w dzień do plus dwóch, trzech. Nosa nie idzie wystawić poza stodołę!!! Masakra!!!

Uwięzieni w stodole nie znajdujemy lepszego pomysłu na tę pogodę niż przeczekanie. Deszcz niesiony wiatrem wyczynia po dachówkach dzikie harce. Spać się nie da.
Z nudów pichcimy dziwne potrawy i po prostu zalewamy "ból istnienia" alkoholem.
 
 
 
 
W nocy słychać kursujące tam i na zad karetki na drodze na Wołosate. Okazuje się, że to akcja ratowników GOPR na Tarnicy. Góry pochłonęły kolejną ofiarę. My, na szczęście, dowiadujemy się o tym rankiem. Zastanawiam się jaki kretyn (bo inaczej tego nie można nazwać) wydał pozwolenie na wyjście w te koszmarne warunki, jakie wtedy panowały od godzin kilkunastu, w góry??? Jaki kretyn, prowadząc grupę zorganizowaną pozwolił na jej rozdzielenie???
Szczegóły akcji TUTAJ!!!

21 września 2012 - Lodowe piekło

Rankiem, z nadzieją na poprawę pogody, łapiemy stopa na Wyżniańską. Ruszamy na Rawki. Nie jest dobrze. Jeszcze przed Bacówką pod Małą Rawką dopadają nas pierwsze podmuchy lodowatego wiatru. Caryca wali konkretnego focha.
 

 
 
Przez las jeszcze znośnie, ale jak wychodzimy na Małą Rawkę się zaczyna. Wiatr, marznąca mżawka. Czasami trzeba mocno się zaprzeć kijkami, aby się nie wypierdzielić pod naporem wiatru. 
 
 
foto by Kaper

Na Wielkiej Rawce pada hasło - "Panowie, trza spierdalać!!!". Ale jeszcze trójstyk. Na szczęście schodzimy na zawietrzną.
 

 
To mój pierwszy.
 
 
Chwila restu i wracamy na Rawki. Jest trochę lepiej, choć i tak dalej gówno widać. Przynajmniej już tak koszmarnie nie wieje. Miejscami ten wiatr zaczyna rozrywać te chmury i pokazuje się obelisk na Rawce.
 
 

 
 
Po zejściu do Ustrzyk już nawet Caryca pokazuje swe lico.
 

 
 
Jednak to nas już najmniej obchodzi. Odwiedzamy lokalny sklepik i wchodzimy w bliższą znajomość z "misiem".
 

 
 
Na efekty nie trzeba długo czekać ;)
 

 
 
I tak wśród ryczenia jeleni mija nam ten sympatyczny wieczór.

22 września 2012 - Do domciu

Co tu wiele napisać. Żal opuszczać
 Bieszczady. Ale i tak wiem, że tu wrócę. Parafrazując wers pewnej piosenki:

W Biesach duszą zbłądziłem, bo chciałem...

Dziękuję Panowie za fantastycznie spędzone 6 dni. Można z Wami konie kraść i jabola pić ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz