Strony

czwartek, 1 października 2026

Bycza Cergowa
1 października

 


Zimny poranek w Jaśliskach. Pierwsze przymrozki w Beskidzie Niskim. Na przystanku dzieciaki do szkoły w kusych bluzeczkach i kurteczkach, pokurczone jak suszone śliwki, ale stylówa musi być. Podobnie Patrycja, wypiękniona i umalowana, z gołą szyją, szczęka zębami i marudzi, że chora. Jedziemy kawałek razem, fajnie, przynajmniej można z kimś z rana pogadać. 

Wyskakuję przy drodze na Zawadkę Rymanowską i już wiem, że o jedną warstwę odzieży za mało zabrałam. Jedyne rozwiązanie – dziki gon koniecznym do pokonania asfaltem, który co rusz kryje się w głębokim, wilgotnym cieniu. Plamy porannego słońca na łąkach i byle skrawek trawy zamienia się w krystaliczną wyspę skarbów. Diamentowe łzy i oblodzone wręcz źdźbła mienią się bursztynowo. A ja biegnę wręcz i też dzwonię zębiskami – byle jak najszybciej wyleźć z tego zimniska. 


Cergowa z Zawadki. Ta powyżej - widziana z Przymiarek dwa dni wcześniej.



Nie dochodzę nawet do cerkwi, skąd wyprowadza żółty szlak zaplanowany na wejście. Skręcam w polną ścieżkę, która pnie się w górę i wedle mapy ma się gdzieś tam wyżej ze szlakiem połączyć. Póki co – pęd do ciepła i już po chwili, gdy mijam jakieś mini-zoo z równie jak ja skostniałymi strusiami oraz innym dziwnym inwentarzem – ogarnia mnie słoneczna plama i przychodzi uczucie ulgi… Za samotnym drzewem nieopodal pasą się malownicze krówki a słońce już wysoko nad Beskidem. Nisko w dali rozgrzebana eSka do granicy i odległy poszum samochodów. Przysiadam na studni wyrastającej jak samotny cypel na pastwisku i w towarzystwie łaciatych krówek rozpoczynam dzień śniadaniem i gorącą kawą. Niech słonko zrobi robotę i rozgrzeje przed podejściem kości.


Górka Szczob


Założeniem jest dzisiaj nie spieszyć się nigdzie. Na Cergowej nigdy nie byłam, więc idę, całkowicie na lekko, co w moim przypadku oznacza minus 4 kilo sprzętu fotograficznego. Śniadanie zjedzone, więc plecak już mało co waży, wstaję, otrzepuję pierwsze błoto z nogawek (nie wiem po co), zagaduję krówki, ruszam w ich stronę, po czym…
…kur**, to nie są krówki… 
Dwa dorodne byki patrzą na mnie bydlęcym spojrzeniem a cień ścieżki prowadzi kilka metrów od nich. Pastwisko nie posiada także żadnego ogrodzenia ani pastucha, bo po co. Postanawiam nie zwalniać i przejść obok, jakbym to ja była u siebie, byle do lasu, który jest tuż tuż i przynosi to zamierzony skutek. Krówki po mastektomii straciły zainteresowanie a ja mogę zagłębić się w leśne ostępy i odetchnąć. 


Droga ewakuacji do lasu i las



Ładny las, taki dla zwierząt. Aż się prosi jakiś jeleń do kompletu, koniecznie byk. Zamiast tego słyszę nawołujących się grzybiarzy i koszę trochę zdrowiutkich, byczych prawdziwków. A miało być na lekko… Ścieżka wznosi się nieznacznie i niebawem dołącza do żółtego szlaku (tak miało być). A potem wznosi się coraz znaczniej, ale czuję w sobie takie dobre wibracje, takiego kopa, że nie męczy mnie nawet coraz bardziej bycze podejście. Jeszcze parę grzybów i dołącza czerwony szlak GSB, teraz nim na kopułę szczytową. Wzmaga się wiatr i gdy wychodzę pod wieżę widokową, znów czuję niesamowity ziąb. Pusto, cicho, bezludnie…





Docieram do ¾ wieży. Widoki słabe, na horyzoncie ledwo majaczy niedaleka Lackowa i jakieś Tatry, za to wiatr byczo zimny i nieprzyjemny urywa łeb i przewiało mnie momentalnie do szpiku kości. Złażę w dół i dopijam kawę na ławeczkach pod pierwszym podestem. 15 minut przerwy, zimno, nieprzyjemnie, zatem podnoszę się i… zobaczyłam chyba wszystkie gwiazdy na niebie w dzień powszedni. Pizdłam się w łeb o belkę aż zadzwoniło. Serio, szanowni konstruktorzy, można było te ławeczki postawić w nieco innej konfiguracji… Ale sierota nie widziała, gdzie spoczywa i oto efekty – byczy guz na pół czerepu. 






Złażę z pierwotnym zamiarem odwiedzenia jeszcze Kaplicy św. Jana z Dukli na naprzeciwległej górce. Schodząc konstatuję, że bardzo cieszy mnie fakt, że jest sucho; nie chciałabym złazić tędy po deszczu. Szlak wyślizgany przez tysiące butów, jakie przewalają się tędy zapewne podczas weekendów. To już lepiej dupolotka od razu wziąć i heja! Do zobaczenia na ESce :D




Znienacka słyszę jakiś szelest w lesie przede mną, przystaję nieco nerwowo, ale po chwili zza drzew wyłania się czapeczka z daszkiem… Uff. Pierwszy człowiek tego dnia i to od razu GSB-owicz. Dość chwilę sobie gawędzimy (szerokości, Marcinie z Zabrza!) i każde rusza w swoją stronę. Z początku przyjemnie, przez ładny las, potem przez brzydki las, ale dalej znośnie, a już w następnej kolejności, po minięciu cudnej buczynowej monokultury zaczyna się byczo w dół. Ale ni ma dramatu. Wychodzę z lasu ostatecznie ku wsi i drodze i uderza mnie autentycznie gorące powietrze. Jeszcze chwilę temu biadoliłam na ziąb i przymrozek, teraz rozbieram się do koszulki.




Spotykam ryjówkę bez oznak życia :(

Wiatka nad Nową Wsią, w tle lokalne wykopaliska.


I właściwie można rzec, że na tym etapie kończy się moja wycieczka, bowiem dość chwilę miotam się w poszukiwaniu dalszej części szlaku. Rozkopana i zryta droga, upał i brak rozkładu jazdy na przystanku. Aby wejść na szlak ku pustelni, trzeba się przejść dobry kawałek drogą, którą pomykają ku granicy rozpędzone tiry, więc przyjemność po byku a potem odbić w górę w las. Właśnie pitnął mi bus, którym mogłam wrócić do tymczasowego domu. Trudno. Ale miała być Cergowa i była Cergowa, więc plan dnia wykonany.
Macham. 15 minut. W końcu lituje się miły człowiek i podrzuca nawet dalej niż sam jedzie – do drogi na Cisną. A w następnej kolejności – kolejny miły pan, który do Lisznej zmierza z Bydgoszczy po żonę. Zdaje mi relacje z działalności niedźwiedziej w Bieszczadach tego roku i wysadza przy tartaku w Posadzie Jaśliskiej. No to już rzut beretem, w sumie dojazd autostopami i dojście do domu zajmuje mi 35 minut. No i byczo, bo tym sposobem resztki kawy dopijam w zaciszu kwiecistego ogródka Państwa Lorenców w moich ukochanych Jaśliskach. Cergowa zaliczona.
Trzy metry grzybów suszę w słońcu na nitkach zawieszonych na wieszaku na ubrania na rurce nad oknem :P





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz