Strony

niedziela, 18 października 2026

Malownicze betoniarki, owce na plecach i młyn na ludzi, czyli Girová a okoli
18 października

 



„Co robisz w weekend?”
„Zależy, co zaproponujesz… :D”
Dialog o tyle konstruktywny, że wszystko po nim jest jasne. Iwona proponuje jedną część planu dnia, ja kolejną i tak oto spotykamy się ponownie w Cieszynie, lokalnym biegunie zimna (tak). Žabiczka, po dopompowaniu i napojeniu wiezie nas dziarsko przez Kubalonkę a dookoła rozgrywa się czarodziejski spektakl światła przesączającego się przez gałęzie drzew i omiatającego krętą drogę przed nami. Szalone kolory słonecznej jesieni i zapowiedź pięknego dnia, w którym nie mamy zamiaru nigdzie się spieszyć.
Na pierwszy ogień idzie Rezerwat Bukovec, położony tuż przy dawnym przejściu granicznym polsko-czeskim w Jasnowicach oraz „Najdalej na wschód wysunięty punkt w Czechach” (Nejvýchodnější bod České republiky). Sam rezerwat to niewielki spłachetek roślinności torfowiskowej, który zasiedla również jakiś osobliwy rodzaj chronionej tu mrówki. Generalnie kupka mokrej trawy, ale jest tu cicho, prawie bezludnie a sam zakątek w porównaniu z tak niedaleką i zatłoczoną Istebną zdaje się być oderwany zupełnie od rzeczywistości. Wysoki świerkowy las wyrasta wprost z dywanów zielonego mchu. Szkoda, że wiatka odpoczynkowa leży w cieniu, ale to nic.


Rezerwat Bukovec - fot. Iwona

Przy kamolu jest również wiatka, jest i palenisko.
       

Szybkie śniadanie, łyk kawy i po kładkach wkraczamy w mikrowąwóz, pomiędzy splątane korzenie drzew, nad potok Olecka i choć jeszcze dobrze nie zaczęłyśmy wycieczki, już uważam ją za udaną. Potok tworzy swoiste uroczysko, z odsłoniętą ścianką piaskowca istebniańskiego nakrapianą złotymi liśćmi, które opadają z zawisłych na skarpach drzew. Wiatr strąca je dalej w nikły nurt krętego potoku i odbijają się w wodzie dzikie barwy oraz słoneczne promienie, które dość późno tu docierają, przedarłszy się przez wysoki las. Potok tworzy mały kanion, malowniczy i płytki, że można swobodnie po łupkowym podłożu skakać i uprawiać fotografię. Co nie oznacza, że nie przydałyby się w tym celu solidne buty. Tak więc, zafiksowana na ujęciach, mam już lewą stopę utopioną a nie jest to w żadnym wypadku but choć trochę wodoszczelny. Ale warto było dla tego skrawka cudowności.            

 






fot. Iwona

fot. Iwona

fot. Iwona

fot. Iwona

Kładka przez potok do szlaku. Poszłyśmy strumieniem :P, fot. Iwona


Przy Potravinach na starym przejściu autobus z emerytami z Radomia. Kurzą jak najęci i pałętają się po parkingu z naręczami rumu i kofoli. Jakimś cudem udaje nam się wymanewrować, nie nabierając żadnego na maskę i podjeżdżamy 3,5 km w górę drogą na południe. Wiedzie tędy zielony szlak, ale chcemy sobie oszczędzić wspinania się w górę asfaltem ze słońcem w oczy. Malownicze, łagodne wzgórza kładą się po obu stronach (Sušský vrch, 618 m) a na tych pagórach koszary z owieczkami. Uprawia się tu zdecydowanie poranne lenistwo, tarzanie na grzbiecie, mielenie trawki na leżąco a najbardziej wywalone na cały świat ma pies pasterski pilnujący stada śpiąc. Do tego złociste drzewa i stare drewniane domy przyklejone tu i ówdzie do leśnych zagajników. Jest pięknie i sielsko…



fot. Iwona

fot. Iwona

Chałupa Na Dilku, fot. Iwona


Zostawiamy Żabkę przy wiatce Na Dilku i niespiesznie kierujemy się na czerwony szlak w kierunku Girovej, bo to plan nr 2 na dziś. Niestety jest niedziela, pora iście turystyczna, czyli przedpołudniowa i musimy znosić nieraz zbyt hałaśliwe towarzystwo. Trudno, nieważne. Ważne jest to, że jesteśmy tu sobie i po prostu wędrujemy niespiesznie, jest piękna jesień i ta stodoła taka malownicza, i betoniarka prawie jak Pana Boga...






A dalej lekka kiepa pod Komorovsky Gruń i upstrzona zrudziałymi liśćmi droga. 





Niedaleko Chaty Girovej niespodzianka na szlaku: nowa, bo wzniesiona w sierpniu tego roku utulnia jak z obrazka… Przysiadamy na dwa kęsy i resztki kawy.




fot. Iwona


Jeszcze parę kroków przez magiczny las poskręcanych buczysk i słychać niosący się hałas od schroniska. Niedzielne tłumy, no niestety, trzeba to szybko przeskoczyć, byle do przysiółka Štipionka, gdzie odchodzi nieznakowana ścieżka na szczyt Girovej. 


Chata na przysiółku pod Girovą, fot. Iwona


Horská chata Girová


Girova, (840 m n.p.m., niem. Hexenberg - Góra Czarownic), jak można by się spodziewać, nie leży na terenie Beskidu Śląsko-Morawskiego, ale zaliczana jest do Beskidu Śląskiego stricte, jako jego najbardziej wysunięty na południowy zachód bastion. Można podejść od schroniska na pałę, a można tędy, gdzie my. Podejście jest zacne, ale idzie się wygodnie, bo jest na czym stanąć. „Przedwierzchołek” to zgrabna kopka porośnięta strzelistymi bukami i prezentuje się stąd bardzo malowniczo.




W połowie podejścia odbijamy w prawo, do skalistego kotła opadającego ze stoku Girovej – na tzw. Čertovy mlýny (Diabelskie Młyny), gdzie w dawnych czasach miało znajdować się śląskie przedsiębiorstwo utylizacyjne beskidzkich diabłów i czarownic. A było to tak: 
Dawno temu, w lasach wokół Girowej, regularnie spotykały się czarownice, czarty i biesy, które urządzały na szczycie głośne sabaty. Pewnego razu jeden z diabłów wpadł na wyjątkowo perfidny pomysł – postanowił wybudować w tym miejscu wielki czarci młyn, który miał służyć do mielenia złych ludzi i zamieniania ich w pył.Diabeł założył się ze swoimi piekielnymi kompanami (a według niektórych wersji z samym Bogiem), że zdoła ukończyć całą budowę w ciągu zaledwie jednej nocy – zanim o świcie zapieje pierwszy kur.Czart zabrał się raźno do pracy. Zwoził z całych Beskidów potężne piaskowcowe głazy, ciosał je i układał pod szczytem jeden na drugim. Praca szła mu błyskawicznie, a mury rosły w oczach. Kiedy budowla była już prawie gotowa i diabeł podnosił ostatni wielki kamień, aby zamknąć konstrukcję, noc nagle dobiegła końca. W pobliskiej wsi  zapiał kogut, ogłaszając nadejście poranka. Słysząc to, diabeł wpadł w furię, ponieważ przegrał zakład. Z wściekłości upuścił niesiony głaz, a niedokończony młyn z wielkim hukiem zawalił się, rozsypując głazy po całym stoku. Przerażony czart rzucił się do panicznej ucieczki do piekła. Biegł tak szybko i z taką siłą, że w jednym z okolicznych kamieni odcisnął ślad swojego kopyta, który miejscowi potrafią wskazać do dzisiaj.




fot. Iwona

fot. Iwona

fot. Iwona

fot. Iwona


Skalne gniazda robią należyte wrażenie i żałuję tylko, że podczas poprzedniego wypadu w te okolice przed laty, mglistym, listopadowym czasem nie trafiliśmy tutaj. W taką pogodę sceneria Mlynów byłaby jak żywcem wyjęta z horrorów…
Kilka słusznych susów po stromej ścieżce, z kolanami na wysokości brody i już niedaleko do szczytu. Stoi tu wiatka  z siekiera wbitą w stół i pustymi butelkami po pseudoturystach. 60 metrów poniżej (110 w linii podejścia) widnieje dach schroniska, więc jakby się przyłożył, to by tymi pet-ami dorzucił do kosza. Aż dziw bierze. W trójkątnej ramce lasu bladziutkie i ledwo widoczne zachodzą na siebie ramiona górskie w Kysucach…





Samojebka made by Iwona


Popas. Popołudniowe słońce już nie jest tym, które grzeje, wiatr idzie górą i studzi powietrze. Czuje się upływające coraz szybciej dni… Na trawce opala się motylek. Pod wiatą drą ryja jakieś jednokomórkowe panny. Po nawodnieniu i odpoczynku ruszamy niespiesznie wschodnim ramieniem Girovej w dół, przez słoneczny stok upstrzony wełnianką, jasny od traw i złoty od liści. 


fot. Iwona

fot. Iwona




Zataczamy kółko i znów przez Komorovsky Gruń, który tak bardzo przypomina mi pasemko Palenicy i Trzonki w Beskidzie Małym – przez te polany z przycupniętymi u ich stóp chałupami i połacie borowin. Popołudniowe światło wydobywa ze świata głębsze kontrasty i senny spokój. Ziewanie – siadł spacerek. Oczojebna Žabiczka wściekle kontrastuje z rozpiętymi nad nią równie oczojebnymi baldachimami drzew.


fot. Iwona

Kysuckie Wierchy

Chaty na Dilku



Zatrzymujemy się jeszcze w jednym punkcie widokowym z panoramą na ten cały spokojny, górski i pastwiskowy świat…










Po całodziennym łykaniu świeżego październikowego powietrza i łapania słońca w oczy uruchamia się Syndrom Bieszczadzki - gadania głupot i widzenia zwierząt zamiast drzew... Jedna myśl: trzeba wrócić tu znów… I po co komu potrzebne wyrypy i nabijanie kilometrów, skoro można na chwilę dłuższą przystanąć i się po prostu zachwycić małym pięknem dookoła?...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz